No i proszę. Wystarczy zwerbalizować problemy by się rozwiązały. Po zauważeniu braku natchnienia minęło parę dni i buch - Sylwester. A Sylwester jaki był, to aż się opisać nie da. Pierwszy taki dobry od paru lat. Jak co roku przebierany, ale pierwszy raz bez noworocznej doliny. Ze świetną zabawą i znakomitymi ludźmi. I tradycyjnie w moim przypadku - bez kaca chociaż z pozytywną lutką.
I zaraz potem... bang bang!
Mobilizacja i kończenie książki. Czasem się warto ponieść tej zwodniczej fali pod tytułem "Nowy Rok". Nie wystarczy na długo, ale wystarczy.
I oto tydzień-półtora po pierwszych rozesłaniach do wydawnictw jest konkretna odpowiedź: TAK, podoba nam się i chcemy ją wydać.
Ojezusie. A więc jednak marzenia się spełniają.
To raz. Dwa, to napięcie związane z pracą, tak ogólnie. Bo przecież rzucam swój poprzedni zawód, nie wiem czy pisałam, ale chyba nie, bo nawet przed sobą samą wstydziłam się przyznać. Ale cóż - pora na nowe wyzwania i szersze horyzonty. Hurra.
Trzy, to wczorajszy ledwo co zażegnany kryzys z życiem za granicą. Że w Polsce jest tak fajnie (te trzy tygodnie były po prostu znakomite, takie swojskie, takie dobre. Nie chciałam wyjeżdżać). Że mi się w ogóle tu w kraju na T. nie podoba, i że wszystko jest bez sensu, w takt klasycznego PMSa. Wkurzanie się na faceta, że jest taki, i że mógłby być inny, albo właściwie że najlepiej byłoby mi samej (ta myśl mnie często prześladuje, i nie wiem czy kiedyś przestanie). Ale potem jakoś się rozlazło po kościach, bo jednak chyba facet coś zrozumiał. I w sumie dobrze, bo już byłam gotowa z nim zrywać (bez większego powodu dodajmy).
Także wszystko nieważne, i ten zagadkowy palący ból w prawej łydce nieważny. Póki co jest nowy rok i nowy skok. I fruuuu. Zaczęło się bosko.