czwartek, 31 marca 2011

KREDYTOWKA

Ta, szybko sie dowiedzialam skad Ci wszyscy ludzie maja kase. Oni po prostu ROBIA NA KREDYT. Straszne i niewiarygodne. Jak tak w ogole mozna? Nie swoje pieniadze wydawac bezwstydnie.
I jeszcze bank tak nachalnie proponuje sam z siebie. Ze nie potrzebuje zaswiadczen o zarobkach. Ze nie potrzebuje nic poza dowodem osobistym. Ze jestem ich stala klientka i to jest po prostu jedna z propozycji. Jak oni moga to robic czlowiekowi. Tozto prawdziwy grzech.

Z racji braku stalosci w moim zyciu nigdy niczego nie kupowalam na kredyt ani na raty. Jesli od kogos pozyczalam pieniadze to nigdy na procent, tylko od rodziny i przyjaciol, a to - wiadomo - zupelnie inna bajka. Zreszta niby rodzina a tez stres jest. W koncu nie jestesmy sobie tacy dziani, co by dawac i nie liczyc na oddanie.

W zwiazku z tym wypelniajac formularz o karte kredytowa (wyszlo ze z tych wszystkich opcji w moim przypadku jest najlepsza) musialam go wypelniac 3 razy, bo wciaz robilam jakies bledy. Pani bankowa widzac to probowala mnie naciagnac na jakies mega-hiper ubezpieczenia do kart od kradziezy, zgubienia, zniszczenia, zalania i nie wiem co jeszcze. Aha i jeszcze na ubezpieczenie od utraty pracy co w moim przypadku jest w ogole potwornie kuszace - na szczescie nie zgodzilam sie i po czasie przeczytalam w warunkach, ze przyslugiwaloby tylko bezrobotnym z prawem do zasilku - a przeciez ja tego prawa nie posiadam! No i jednak dzieki boziom ze asertywnosc mam w warunkach bojowych wycwiczona, bo szkoda by bylo.

No i teraz mam straszny problem. Na koncie nagle pojawilo sie mnostwo pieniedzy, a ja mam tyle potrzeb i tyle stresu. O 8.45 Pieprzony Angol od ktorego wynajmujemy mieszkanie raczyl mi napisac smsa, ze nadal nie wplynely pieniadze i ze "this is not good". Tak jak by opieszalosc banku w T. to byla przepraszam moja wina. Zaproponowalam mu wyslanie potwierdzenia przelewu i co gorsza, ten przebrzydly stary dziad poprosil o niego!
Nienawidze, po prostu nienawidze, kiedy podejrzewa sie mnie o sciemy i machlojki, kiedy ja klamac po prostu nie potrafie. I zawsze spalam sie ze stresu, co by nikt mnie nie posadzil o sciemy i machlojki. Ale ludzie tacy sa, ze sadza po sobie.
Wyslalam potwierdzenie Angolowi i rozmasowalam sobie skronie metoda akupresury.

Ja nie wiem, po prostu nie wiem. Dorosle zycie mnie przerasta. Wciaz tyle stresow i problemow. Po prostu nie wyrabiam.

PS. Nawet nie wspomnialam o moim zatruciu jakims wirusem ktory krazy po Poznaniu i przez ktorego mialam 2 dni z zyciorysu. Na szczescie na koncert Chicka Corei sie wygrzebalam, bo to byl prezent urodzinowy dla Mamy, nie mozna bylo tego odpuscic. I dobrze, bo jak mowia muzyka leczy, szczegolnie taka.

czwartek, 24 marca 2011

PIENIADZE

mimo tylu pozytywnych zmian w moim zyciu i moim mysleniu, zarowno ja jak i moje otoczenie boryka sie wciaz z jednym problemem: nieustannym niedostatkiem pieniedzy. nie wiem dlaczego tak jest, ze ciagle jestem na minusie, a jak na plusie to tymczasowym. nie, zebym robila jakies wielkie zakupy, raczej przeciwnie. nie zyje beztrosko (chyba ze zycie w kraju na T. mozna nazwac beztroska; watpie). moimi jedynymi szalenstwami sa bilety lotnicze do Polski i z powrotem kupowane tak czesto jak tylko moge (czyli 3-4 razy do roku). i tak kupuje je w tanich liniach. komfort lotu z wlasnego miasta bez przesiadek zdarzyl mi sie moze 2 razy w zyciu, ale wtedy placil pracodawca. w innym wypadku czeka mnie 12 godzin podrozy z czego lot zajmuje ledwo 3 godziny.
niezla rozpusta.

mozecie sie smiac, ale jestem po prostu rozgoryczona. nie zartuje, jestem, kurwa, rozgoryczona. widze problemy z praca moich najblizszych (notabene, tzw. drobni przedsiebiorcy), wciaz sobie nawzajem pozyczamy, wciaz nas na cos nie stac. wciaz usilujemy cos wymyslic, zeby to zmienic i wciaz sie nie udaje.

a kiedy ide do jakiegos centrum handlowego, czy na spacer do miasta, to tam dzikie tlumy z papierowymi snobistycznymi reklamowkami w dloniach. w sklepach kolejki do przebieralni. nie potrafie zglebic, skad ci ludzie maja kase.
ja wlasnie dzisiaj wyrzucilam wreszcie 2 pary starych butow bo juz sie podeszwy odrywaly.
gdzie oni, gdzie ja.

nie wiem jaka jest recepta. w T. zalegamy z czynszem i rachunkami, bo B. podobnie jak ja, nie ma w zimie pracy. ale, na ironie, wlascicielem mieszkania jest stary glupi Angol, ktory nie jest w stanie tego zrozumiec. przykazanie nr 45: bedac w kraju na T. nigdy nie wynajmuj mieszkania od Angola. nie po to uczylam sie luzu i spokoju ducha w kraju na T. by teraz stresowac sie kazdym opoznieniem w platnosciach. obywatel T. w ogole by nie zwrocil na to uwagi.
kurde.

bank zaproponowal mi karte kredytowa. w takiej sytuacji chyba sie skusze. pozostaje miec nadzieje, ze bedzie z czego ja splacac.

PS. i zupelnie nie napisalam o tym, jak mi milo mija czas. ucze sie jogi, co sprawia mi mnostwo frajdy (bo to nie jest natchniona joga typu "om" tylko normalny konkret). bylam na Woody Allenie i Królu, oba boskie. chodze po miescie, a slonce uroczo swieci. w tej sytuacji zadziwiajaco dobre samopoczucie.

poniedziałek, 21 marca 2011

smieci - notka tradycyjna

jestem w Polsce i jak co roku na wiosne dostaje schizy w temacie smieci. pisze o tym co roku, a przynajmniej tak mi sie wydaje - nawet jesli nie pisze, to wylewam swoje zale mamie, bratu i innym przypadkowym sluchaczom. chce sie oczyscic i to nie tylko symbolicznie. co roku mi sie nie udaje, bo ogrom smieci zalegajacych w moim zyciu poczawszy od mieszkania, szaf z ciuchami, polek z ksiazkami, pudelek z tak zwanymi wspomnieniami z dziecinstwa, skonczywszy na tym co zalega w komputerze, telefonie, na gg, plytach dvd i cd - ten ogrom zalegajacy wszedzie i wylewajacy sie z kazdej strony mnie po prostu przerasta. w ktoryms momencie po prostu mam dosc i rezygnuje.
kolejnej wiosny (lub przed Sylwestrem) sytuacja sie powtarza. i tak od lat :)

nie jestem tez na tyle systematyczna zeby te wyrzucanie smieci i porzadkowanie robic wg jakiegos klucza. mimo ze wyznaje archiwizacje egzystencji, nie wiem jak archiwizowac zdjecia. mam ich tysiace. i zawsze wydaje mi sie, ze mam nad nimi kontrole, do momentu gdy zglosi sie ktos by powiedziec: potrzebne mi troche twoich zdjec miasta X.
i wtedy popadam naprzemiennie w stan refleksji i paniki.

nie jest wesoly wniosek, ze bedzie jeszcze gorzej. technika wciaz idzie do przodu i zostawia nas z tylu z tymi wszystkimi niekompatybilnymi kabelkami, plytkami, kasetami i formatami. a nie potrafimy (ja nie potrafie) ot tak po prostu wyrzucic tego do smieci.

nie umiem tez zyc minimalistycznie. niby chce, ale nie umiem. wciaz mi sie wydaje ze cos sie przyda, ze powinnam zachowac "na pozniej". podziwiam osoby ktore maja kilka ciuchow na krzyz, polke ulubionych ksiazek i laptopa - i potrafia z tym jakos zyc. ja niby tez potrafie - w koncu za granica dowiodlam sama sobie, ze mozna wytrzymac pol roku czy nawet rok bez tych wszystkich pierdol, tylko z jedna walizka szmat i ulubionymi kawalkami na mp3. ale ta cala PRZESZLOSC? gdyby nie pewnosc, ze lezy sobie w cieplutkim pokoju u mojej mamy w Polsce, chyba czulabym sie w jakis sposob pusta, albo chociaz czegos pozbawiona.

jak sobie z tym poradzic, nie wiem. chyba tylko pozostaje co jakis czas probowac no i regularnie pisac o tym notke na blogu. od razu lepiej, mowie ja wam!

sobota, 12 marca 2011

BLOKI

Mieszkam w takim kraju ktory czasami blokuje rozne rzeczy. Na przyklad serwisy internetowe. Jakis user zlamal prawo wrzucajac gdzies cos nielegalnego, za co tutejszy sad blokuje od linijki caly serwis. Tak jak przez lata wkurzal mnie kazdy wyslany przez polskich znajomych link na youtube, bo nie moglam go otworzyc, tak teraz (jak youtube w koncu odblokowali) zablokowali blogspota. Niniejszym zagladanie na blogi, juz nie mowiac o pisaniu zrobilo sie trudniejsze, bo nie wystarczy ot tak kliknac w zakladke "ulubione" tylko trzeba kombinowac z IP i tak dalej.
W sytuacji gdy obydwa moje blogi sa na tym serwisie, nie mowiac juz o masie rozmaitych czytanych przeze mnie, robi sie to nieco denerwujace.
Ale coz. Zaczynam sie pomalu do tego przyzwyczajac.

Zreszta za kilka dni znow lece do Polski wiec bede mogla sie nacieszyc wolnoscia internetu :) Juz nie mowiac o polskich marcowo-kwietniowych jazdach. Ah, pierwsze sloneczko! Ah, kawka na rynku! Ah, zakupy w polskich sklepach! Ah, rozjechani polscy znajomi!
Mimo, ze w porownaniu do zeszlych lat w kraju na T. odnajduje sie coraz lepiej, kazda podroz do Polski to praktyczny ekstatyczny odlot. Zreszta robi mi to dobrze na zdrowie. Obydwa kraje dawkuje sobie w przetestowanych wczesniej ilosciach i wszystko przebiega milo-i-przyjemnie.

Moze po drodze wpadnie jeszcze jakis weekendowy wypad do innego kraju? Moze Wlochy? Moze Hiszpania? W zadnym z nich nie bylam (Kanarki sie nie licza) a tak mi sie chce! Nazywaja to city-breakiem, tez mam ochote na taki break. Na typowe zwiedzanie (bez odpowiedzialnosci, bez grupy turystow za plecami, z wylaczonym telefonem), z aparatem na szyi, w kompletnie nowym miejscu. Bez takich spraw dluzej niz pol roku naprawde sie nie da. To praktycznie jak uzaleznienie.

Tym bardziej ze czuje juz za plecami oddech pracy. Oddech pracy, a zarazem oddech kasy. Wlasna firma wylania sie spod ziemi i paczkuje. Trzeba korzystac z kazdej wolnej chwili, bo w tym roku wszystko bedzie inaczej. Praca na swoim, stosy maili do odebrania, telefony, smsy. Juz sie dzieje, a bedzie sie dziac jeszcze wiecej. Nieslychane, jak ugruntowana blogowa pozycja moze pomoc w interesach. Chyba w tym roku moja mantra to bedzie: Och, zeby tylko tego nie spieprzyc.