czasami mi sie wydaje, ze nigdy sie nie przystosuje do zycia tutaj. wciaz trzeba sie adaptowac, dopasowywac, bo jak nie, to dziwnie na ciebie patrza. nie, zeby ktos zle na mnie reagowal, przeciwnie, fajni sa i przyzwoici ludzie. wbrew pozorom duzo bardziej otwarci niz tak zwana "socjeta". ale mimo wszystko... czasami nie wiem czy mam sile, za bardzo sie stresuje, mysle, czy dobrze wypadlam, czy nie strzelilam gafy, i zamartwiam sie, co to oni sobie o mnie mysla.
poza tym lubie, wciaz, nieuleczalnie, chodzic wlasnymi drogami. i nic na to nie poradze - naprawde to sprawia mi najwiecej frajdy.
to moze oznaczac, ze moja przygoda tutaj w ktoryms momencie sie skonczy. jestem do tego nastawiona neutralnie; przynajmniej probowalam, przynajmniej nie bede nigdy niczego zalowac patrzac wstecz.
mam zajebiste zycie, naprawde.
czasami tylko mi sie wydaje ze samotnosc jest dla mnie najwlasciwsza droga.
nie chce, zeby to byla samospelniajaca sie przepowiednia, no ale.
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
sobota, 30 lipca 2011
środa, 27 lipca 2011
ksiazka
A tak poza tym to wydalam ksiazke. Nie wiem czy wiecie. Nie wiem czy w ogole tu jestescie - w koncu tak dawno nie pisalam. Nie mialam glowy, sily, czasu.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
kolezanki
Z racji mieszkania za granica status i ilosc moich najblizszych przyjaciol i przyjaciolek nie zmienia sie. Po pierwszych wahaniach wszystko przebiega po staremu. Zawsze w najwiekszych problemach i w najmniejszych bzdurkach biegne do tych samych osob (nawet wirtualnie) i wiem, ze one moga przybiec do mnie (mam nadzieje ze zdaja sobie z tego sprawe). W tej sytuacji tu na miejscu w kraju na T. czuje sie czasami samotnie w tej kwestii. Chcialoby sie po prostu wyjsc na piwo a nie ma z kim.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
wtorek, 17 maja 2011
nie wiem o co chodzi
kiedys bylam zakompleksiona, problemowa i niesmiala. nie mialam wlasnego zdania a jesli mialam, to nie chcialam go wyrazac po to, zeby a) nie psuc atmosfery b) nie wychylac sie.
teraz nabralam troche krzepy, i juz sie tak swiata nie boje. rownolegle z tym procesem zaczynam miec wlasne zdanie na rozne tematy; przy czym zauwazam, ze czasami to zdanie bywa oryginalne lub przynajmniej niecodzienne. ale mimo to wyrazam swoja opinie, starajac sie (niemalze obsesyjnie; cenna umiejetnosc zdobyta na studiach), nie oceniac. pozostac mimo wszystko na poziomie dystansu. nie wdawac sie w klotnie i dyskusje z furiatami, ktorzy o wszystkim wiedza najwiecej i zawsze maja racje.
ostatnio wciaz zbieram za to becki - nie wiadomo dlaczego nagle zaczeli pisac do mnie rozni ludzie, mniej lub bardziej mi znani, i pytac sie mnie o zdanie w rozmaitych sprawach lub tez komentowac to, co ja pisze. prawdopodobnie widmo ksiazki tak na nich dziala; przyciagam problemy jak swiatlo cmy. do tego wniosku dochodze, kiedy probuje dac jakis komentarz albo cokolwiek wyjasnic, a tu nic - betonowa sciana i tyle. pogladowy beton z ktorym nie da sie pogadac, i ktory pisze np. po to, zeby "sprowadzic mnie" na dobra droge lub "pokazac mi" ze nie jest tak jak mysle.
do jasnej cholery, ludzie.
normalnie bym sie nie przejela, to znaczy szybko by to po mnie splynelo, ale ostatnio takich zdarzen jest sporo. dlatego mysle ze to wina ksiazki. ogolnie wydawanie ksiazek wydawalo mi sie fajne i mile, ale chyba najlepiej bedzie zaczac wydawac pod pseudonimem, wtedy bede miala spokoj - na mailu, na facebooku i w zyciu.
teraz nabralam troche krzepy, i juz sie tak swiata nie boje. rownolegle z tym procesem zaczynam miec wlasne zdanie na rozne tematy; przy czym zauwazam, ze czasami to zdanie bywa oryginalne lub przynajmniej niecodzienne. ale mimo to wyrazam swoja opinie, starajac sie (niemalze obsesyjnie; cenna umiejetnosc zdobyta na studiach), nie oceniac. pozostac mimo wszystko na poziomie dystansu. nie wdawac sie w klotnie i dyskusje z furiatami, ktorzy o wszystkim wiedza najwiecej i zawsze maja racje.
ostatnio wciaz zbieram za to becki - nie wiadomo dlaczego nagle zaczeli pisac do mnie rozni ludzie, mniej lub bardziej mi znani, i pytac sie mnie o zdanie w rozmaitych sprawach lub tez komentowac to, co ja pisze. prawdopodobnie widmo ksiazki tak na nich dziala; przyciagam problemy jak swiatlo cmy. do tego wniosku dochodze, kiedy probuje dac jakis komentarz albo cokolwiek wyjasnic, a tu nic - betonowa sciana i tyle. pogladowy beton z ktorym nie da sie pogadac, i ktory pisze np. po to, zeby "sprowadzic mnie" na dobra droge lub "pokazac mi" ze nie jest tak jak mysle.
do jasnej cholery, ludzie.
normalnie bym sie nie przejela, to znaczy szybko by to po mnie splynelo, ale ostatnio takich zdarzen jest sporo. dlatego mysle ze to wina ksiazki. ogolnie wydawanie ksiazek wydawalo mi sie fajne i mile, ale chyba najlepiej bedzie zaczac wydawac pod pseudonimem, wtedy bede miala spokoj - na mailu, na facebooku i w zyciu.
sobota, 7 maja 2011
JA WIEM JAK TO JEST
jak sie nie pisze na blogu regularnie to potem nikt na niego nie zaglada. wiem, ze tak to jest i juz.
a ja az ciezko sie przyznac ale o blogu zapomnialam.
przez ostatnie tydzien-dwa, po prostu pracowalam jak dzika kuna. niesamowite, ze naprawde zmiana pracy to byl DOBRY POMYSL. abstrahujac od dupkow z ktorymi mam do czynienia, na szczescie nie bezposrednio, abstrahujac od rozmaitych utrudnien, problemow. dopiero co sezon sie zaczal, a ja wiem, ze bylo warto. znow czuje wiatr w zaglach, euforie, podniecenie, ze dzieje sie cos nowego a jednoczesnie znanego. ze to moja dotychczasowa praca ale w innej wersji.
no i ci cudowni chlopcy z ktorymi pracuje. B, jego najmlodszy brat - nasza cudna trojca. jest wesolo milo i przyjemnie. bezkonfliktowo, bo to w koncu rodzina. nie ma stresu. naprawde dobrze sie tu bawie i wszyscy ktorzy nas w biurze odwiedzaja.
jest w porzadku, naprawde. i oby tak dalej.
a ja az ciezko sie przyznac ale o blogu zapomnialam.
przez ostatnie tydzien-dwa, po prostu pracowalam jak dzika kuna. niesamowite, ze naprawde zmiana pracy to byl DOBRY POMYSL. abstrahujac od dupkow z ktorymi mam do czynienia, na szczescie nie bezposrednio, abstrahujac od rozmaitych utrudnien, problemow. dopiero co sezon sie zaczal, a ja wiem, ze bylo warto. znow czuje wiatr w zaglach, euforie, podniecenie, ze dzieje sie cos nowego a jednoczesnie znanego. ze to moja dotychczasowa praca ale w innej wersji.
no i ci cudowni chlopcy z ktorymi pracuje. B, jego najmlodszy brat - nasza cudna trojca. jest wesolo milo i przyjemnie. bezkonfliktowo, bo to w koncu rodzina. nie ma stresu. naprawde dobrze sie tu bawie i wszyscy ktorzy nas w biurze odwiedzaja.
jest w porzadku, naprawde. i oby tak dalej.
sobota, 23 kwietnia 2011
so 90's
Dziw, ale od godziny siedzę jak urzeczona przed telewizorem, bo przypadkiem natknelam sie w lokalnym mtv na slynny stary dobry program "so 90's". Tlumaczyc nie trzeba, pewnie wszyscy z mojego rocznika i okolicznych wiedza o co chodzi.
Spiewam kazda piosenke po kolei, smieje sie, wzruszam, i zgadzam sie z tym co mowia w zapowiedzi programu, ze "niektorzy uwazaja ze prawdziwe piosenki skonczyly sie po latach 90". Cos w tym jest, cholera.
A moze to po prostu glupie sentymenty. Przypominam sobie od razu czego sluchalam (wszystkiego od Mariah Carey przez LL Cool J po Pantery, ale odkrywalam sama, wiec mam ta satysfakcje), jak nocami wymienialam zuzyte baterie w walkmanie zeby "dojechac" do konca kasety (albo jak stara bateria powodowala rozjezdzanie sie glosu i opuszczanie tonu). Albo jak zasypialam przy muzyce z walkmana.
Nagrywanie piosenek z radia, robienie skladanek na kazdy temat i okazje.
Przypomnialo mi sie jak upijalismy sie pojedynczymi piwami w knajpach, a piwo bylo wtedy po jakies 3 zlote. Ogladam teledyski i widze sama siebie w koszulkach na ramiaczkach i w ciemnych rozszerzanych spodniach - standardowy stroj jak mialam 18-20 lat. Jak teraz spojrze na siebie w splowialo-rozowych sweterkach ktore tak lubie i w kolczykach-perelkach to az mi dziwnie :)
I te wszystkie milosci, zakochania, robienie glupot zeby tylko zwrocic na siebie uwage danego chlopaka... Rany boskie!
Ale przede wszystkim muzyka. Beastie Boys, przeciez jaka to byla petarda! I z drugiego bieguna: All Saints. O mamo. Albo Offspring i Nirvana (jak mocno szyja bolala po tanczeniu do ich kawalkow na imprezach).
Wesolego Jajka. Ja po raz pierwszy od lat ide na sniadanie wielkanocne, a wiec mozna powiedziec ze swieta bede obchodzic. Nawet posadzilam rzezuche i podniecam sie, ze szybko rosnie (w koncu tutaj idealny klimat dla uprawy wszelkiego zielska). Zrobilam tez tradycyjne wielkanocne ciasto marchewkowe.
A Danni Minogue spiewa "all i wanna do is touch you" i juz kompletnie nie moge sie skupic.
Spiewam kazda piosenke po kolei, smieje sie, wzruszam, i zgadzam sie z tym co mowia w zapowiedzi programu, ze "niektorzy uwazaja ze prawdziwe piosenki skonczyly sie po latach 90". Cos w tym jest, cholera.
A moze to po prostu glupie sentymenty. Przypominam sobie od razu czego sluchalam (wszystkiego od Mariah Carey przez LL Cool J po Pantery, ale odkrywalam sama, wiec mam ta satysfakcje), jak nocami wymienialam zuzyte baterie w walkmanie zeby "dojechac" do konca kasety (albo jak stara bateria powodowala rozjezdzanie sie glosu i opuszczanie tonu). Albo jak zasypialam przy muzyce z walkmana.
Nagrywanie piosenek z radia, robienie skladanek na kazdy temat i okazje.
Przypomnialo mi sie jak upijalismy sie pojedynczymi piwami w knajpach, a piwo bylo wtedy po jakies 3 zlote. Ogladam teledyski i widze sama siebie w koszulkach na ramiaczkach i w ciemnych rozszerzanych spodniach - standardowy stroj jak mialam 18-20 lat. Jak teraz spojrze na siebie w splowialo-rozowych sweterkach ktore tak lubie i w kolczykach-perelkach to az mi dziwnie :)
I te wszystkie milosci, zakochania, robienie glupot zeby tylko zwrocic na siebie uwage danego chlopaka... Rany boskie!
Ale przede wszystkim muzyka. Beastie Boys, przeciez jaka to byla petarda! I z drugiego bieguna: All Saints. O mamo. Albo Offspring i Nirvana (jak mocno szyja bolala po tanczeniu do ich kawalkow na imprezach).
Wesolego Jajka. Ja po raz pierwszy od lat ide na sniadanie wielkanocne, a wiec mozna powiedziec ze swieta bede obchodzic. Nawet posadzilam rzezuche i podniecam sie, ze szybko rosnie (w koncu tutaj idealny klimat dla uprawy wszelkiego zielska). Zrobilam tez tradycyjne wielkanocne ciasto marchewkowe.
A Danni Minogue spiewa "all i wanna do is touch you" i juz kompletnie nie moge sie skupic.
piątek, 22 kwietnia 2011
all of the lights
zasmarkana siedze w domu i zastanawiam sie czy co ja tu w ogole robie. nie sadzilam ze tak bedzie - nie przypuszczalam, ze zmiana pracy tak bardzo obciazy mnie psychicznie. to nie o to chodzi, ze wlasna firma - akurat najmniejszy problem, bo do wlasnych indywidualnych dzialan juz sie przyzwyczajam od lat. chodzi o to srodowisko, o to otoczenie, o kolesi z brzuchami i przybrudzonymi koszulami, z dwudniowymi zarostami i wiejskim akcentem, ktory w tej miejscowosci w tym kraju rzadza w tej branzy. pala papierosy w samochodach, wciskaja przeklenstwa co drugie slowo, i uwazaja sie na najwiekszych przystojniakow i zawadiakow w miescie.
co za kurwa tupet.
denerwuje mnie ze nie ma tutaj porzadnych interesow (albo ja ich nie widze), ze wszystko jest krecone na znajomosciach, na dlugach, na jakichs umowach na krzywy ryj. ja ze swoim konserwatyzmem i sztywniactwem kompletnie sie w tym nie odnajduje. mozna sie bylo tym bawic, z tego smiac, i pisac piekne rozdzialy do ksiazki, ale siedziec w tym po uszy na serio to co innego.
nigdy moim marzeniem nie bylo pracowanie z takimi ludzmi, co moze zalatuje jakims elitaryzmem, ale pierdole i powiem - tak, nie po to konczylam studia z pieprzonym wyroznieniem zeby teraz pracowac z debilami po podstawowkach, ktorych jezyka musialam sie nauczyc, bo inaczej nie ma sie jak dogadac.
a moze po prostu jestem pijana, zmeczona, mam pmsa i chwilowy kryzys. pewnie tak jest wlasnie.
nie zmienia to faktu ze lzy mi plyna jak glupie, i zupelnie nie wiem co ze soba zrobic.
zupelnie juz stracilam sens tego wszystkiego.
ps. a do tego w tym kraju blogger nie dziala wiec ani nie zagladam ani nie pisze ot tak, bo do tego potrzeba otworzyc specjalny program, ktory zamula internet, i zalogowac sie na ip amerykanskim. co za cholerny kraj.
co za kurwa tupet.
denerwuje mnie ze nie ma tutaj porzadnych interesow (albo ja ich nie widze), ze wszystko jest krecone na znajomosciach, na dlugach, na jakichs umowach na krzywy ryj. ja ze swoim konserwatyzmem i sztywniactwem kompletnie sie w tym nie odnajduje. mozna sie bylo tym bawic, z tego smiac, i pisac piekne rozdzialy do ksiazki, ale siedziec w tym po uszy na serio to co innego.
nigdy moim marzeniem nie bylo pracowanie z takimi ludzmi, co moze zalatuje jakims elitaryzmem, ale pierdole i powiem - tak, nie po to konczylam studia z pieprzonym wyroznieniem zeby teraz pracowac z debilami po podstawowkach, ktorych jezyka musialam sie nauczyc, bo inaczej nie ma sie jak dogadac.
a moze po prostu jestem pijana, zmeczona, mam pmsa i chwilowy kryzys. pewnie tak jest wlasnie.
nie zmienia to faktu ze lzy mi plyna jak glupie, i zupelnie nie wiem co ze soba zrobic.
zupelnie juz stracilam sens tego wszystkiego.
ps. a do tego w tym kraju blogger nie dziala wiec ani nie zagladam ani nie pisze ot tak, bo do tego potrzeba otworzyc specjalny program, ktory zamula internet, i zalogowac sie na ip amerykanskim. co za cholerny kraj.
czwartek, 7 kwietnia 2011
EXPAT jako stan umyslu
Wykopałam się z doła. Wystarczyło jedno słowo od wydawcy dające mi nadzieję, że coś jednak idzie do przodu. Poza tym wyzdrowiałam i w podskokach wróciłam na zajęcia z jogi.
Dzisiaj dzień domowy, bo za oknem wieje, poza tym trzeba się nacieszyć ostatnimi dniami wakacji (czy też mówiąc wprost, bezrobocia). Przemyślenia większe i mniejsze.
No i mam, dotarło do mnie, że cała moja siła która pojawiła się w ostatnich paru latach i konsekwentnie się rozwija, powstała dzięki temu, że uciekłam. Kiedy mi się teraz ostatnio pewne rzeczy przypominają: problemy z samą sobą, rozwód rodziców, ogromne poczucie winy, kompleksy, samotność, poczucie bezsensu i brak kierunku w jakim chciałabym pójść, takie totalne zagubienie, terapia co tydzień... to myślę sobie, że nagła opcja wyjazdu to był dla mnie upragniony ratunek. Najpierw uciekałam z samego domu wynajmując mieszkania w mieście, potem ta nieudana i niefortunna próba studiowania w Krajowie, zakończona po 5 dniach totalną wielotygodniową depresją. Wciąż się uciekało od osobistego bałaganu. To dlatego tak dobrze się w końcu odnalazłam za granicą i nadal dobrze się odnajduję. Zrobiło się grubą kreskę i zaczęło nowe życie. Nikt nie wiedział z czym przychodzę, trzeba było zacząć od zera, zaadaptować się, otworzyć na inną kulturę, zwyczaje, język. Jaki test dla zakompleksionej osoby, która z samą sobą nie mogła już wytrzymać.
Dotarło do mnie niedawno, że teraz jestem już wielką cwaniaczką: potrafię pouczać bliskich, żeby niczym się nie przejmowali, bo przecież liczy się to kim jesteś, a nie to co o tobie mówią. Zrobiłam się bardzo nonkonformistyczna - bardzo, jak na mnie, która kiedyś trzęsła się każdą opinią. Teraz też się trzęsę, ale jakby coraz rzadziej. Łatwo tak funkcjonować jak ja, żyjąc w kompletnie innym świecie. Uciekłam, zrobiłam sobie lekcję z dystansu, proszę bardzo, tyle kilometrów odległości, możesz robić co chcesz.
W ten sposób oddaliłam się wzorcowo od wszystkich demonów przeszłości, dorosłam, usamodzielniłam, pozwoliłam sobie się zakochać, najpierw raz, fatalnie, głupio, potem drugi raz, już mądrzej i uważniej. Bez niczyich porad, bez wskazówek, totalnie sama. Sama też poprowadziłam swoją tak zwaną karierę, wysłuchując opinii ale tak naprawdę podejmując decyzje gdzie i jak będę pracować sama - niezawiśle i niezależnie.
Szalenie się do tego przyzwyczaiłam, to na tym zbudowałam wszystko, co mam teraz.
Świadomość tego trochę mnie przeraża, bo wychodzi na to, że nikt mi nie jest do niczego potrzebny. To znaczy do osiągnięcia czegoś. Prywatne kontakty to co innego, mam wrażenie że obecnie bardziej je doceniam niż kiedyś, kiedy miałam focha na cały świat, że mnie nie lubi.
Ale wychodzi na to, że chyba już tak zostanie. Małżeństwo mnie nie pociąga, posiadanie dzieci też. Priorytetem jest zachowanie niezależności. Jak teraz myślę, że mój facet mógłby sobie wreszcie poradzić z wojskiem i przyjechać ze mną do Polski, to od razu popadam w panikę martwiąc się na wszelki wypadek: o rany, wszędzie będę musiała z nim jeździć!
Okazuje się, że słowo expat idealnie do mnie pasuję, że już mam mózg przeryty w tym kierunku. Że moją tożsamość określa bycie z boku, jako obca, nie do końca przystająca. Wtedy mam energię do życia. Zarówno w szkole kiedy jako jedyna nie chodziłam na religię, albo kiedy przychodziłam nowa do nowej szkoły, albo kiedy w liceum nie potrafiłam się dostosować do grupy i cały czas spędzałam sama. Taki nawyk który pozostaje gdzieś w kościach i kiedyś był źródłem bólu a teraz po prostu stał się moją tożsamością, której nie potrafię się wyrzec.
Ja się, do cholery, w ten sposób spełniam. Już nie mówiąc o tym, że zawsze chciałam podróżować.
No i mam to wszystko na życzenie, jest po mojemu, ale jestem strasznie ciekawa, do czego to doprowadzi.
Dzisiaj dzień domowy, bo za oknem wieje, poza tym trzeba się nacieszyć ostatnimi dniami wakacji (czy też mówiąc wprost, bezrobocia). Przemyślenia większe i mniejsze.
No i mam, dotarło do mnie, że cała moja siła która pojawiła się w ostatnich paru latach i konsekwentnie się rozwija, powstała dzięki temu, że uciekłam. Kiedy mi się teraz ostatnio pewne rzeczy przypominają: problemy z samą sobą, rozwód rodziców, ogromne poczucie winy, kompleksy, samotność, poczucie bezsensu i brak kierunku w jakim chciałabym pójść, takie totalne zagubienie, terapia co tydzień... to myślę sobie, że nagła opcja wyjazdu to był dla mnie upragniony ratunek. Najpierw uciekałam z samego domu wynajmując mieszkania w mieście, potem ta nieudana i niefortunna próba studiowania w Krajowie, zakończona po 5 dniach totalną wielotygodniową depresją. Wciąż się uciekało od osobistego bałaganu. To dlatego tak dobrze się w końcu odnalazłam za granicą i nadal dobrze się odnajduję. Zrobiło się grubą kreskę i zaczęło nowe życie. Nikt nie wiedział z czym przychodzę, trzeba było zacząć od zera, zaadaptować się, otworzyć na inną kulturę, zwyczaje, język. Jaki test dla zakompleksionej osoby, która z samą sobą nie mogła już wytrzymać.
Dotarło do mnie niedawno, że teraz jestem już wielką cwaniaczką: potrafię pouczać bliskich, żeby niczym się nie przejmowali, bo przecież liczy się to kim jesteś, a nie to co o tobie mówią. Zrobiłam się bardzo nonkonformistyczna - bardzo, jak na mnie, która kiedyś trzęsła się każdą opinią. Teraz też się trzęsę, ale jakby coraz rzadziej. Łatwo tak funkcjonować jak ja, żyjąc w kompletnie innym świecie. Uciekłam, zrobiłam sobie lekcję z dystansu, proszę bardzo, tyle kilometrów odległości, możesz robić co chcesz.
W ten sposób oddaliłam się wzorcowo od wszystkich demonów przeszłości, dorosłam, usamodzielniłam, pozwoliłam sobie się zakochać, najpierw raz, fatalnie, głupio, potem drugi raz, już mądrzej i uważniej. Bez niczyich porad, bez wskazówek, totalnie sama. Sama też poprowadziłam swoją tak zwaną karierę, wysłuchując opinii ale tak naprawdę podejmując decyzje gdzie i jak będę pracować sama - niezawiśle i niezależnie.
Szalenie się do tego przyzwyczaiłam, to na tym zbudowałam wszystko, co mam teraz.
Świadomość tego trochę mnie przeraża, bo wychodzi na to, że nikt mi nie jest do niczego potrzebny. To znaczy do osiągnięcia czegoś. Prywatne kontakty to co innego, mam wrażenie że obecnie bardziej je doceniam niż kiedyś, kiedy miałam focha na cały świat, że mnie nie lubi.
Ale wychodzi na to, że chyba już tak zostanie. Małżeństwo mnie nie pociąga, posiadanie dzieci też. Priorytetem jest zachowanie niezależności. Jak teraz myślę, że mój facet mógłby sobie wreszcie poradzić z wojskiem i przyjechać ze mną do Polski, to od razu popadam w panikę martwiąc się na wszelki wypadek: o rany, wszędzie będę musiała z nim jeździć!
Okazuje się, że słowo expat idealnie do mnie pasuję, że już mam mózg przeryty w tym kierunku. Że moją tożsamość określa bycie z boku, jako obca, nie do końca przystająca. Wtedy mam energię do życia. Zarówno w szkole kiedy jako jedyna nie chodziłam na religię, albo kiedy przychodziłam nowa do nowej szkoły, albo kiedy w liceum nie potrafiłam się dostosować do grupy i cały czas spędzałam sama. Taki nawyk który pozostaje gdzieś w kościach i kiedyś był źródłem bólu a teraz po prostu stał się moją tożsamością, której nie potrafię się wyrzec.
Ja się, do cholery, w ten sposób spełniam. Już nie mówiąc o tym, że zawsze chciałam podróżować.
No i mam to wszystko na życzenie, jest po mojemu, ale jestem strasznie ciekawa, do czego to doprowadzi.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
WIOSENNA DEPRESJA
Przydałyby mi się jakieś wakacje. Takie z prawdziwego zdarzenia, chociaż kilka dni, w kompletnie nowym, nieznanym mi miejscu. Albo znanym, ale nie widzianym od dawna. Bo teraz jakoś nie jest fajnie. Zdrowie mi się kompletnie posypało, żołądek powoli dochodzi do siebie, bóle całego ciała powoli mijają. Czułam się tak, jakbym stała się czyimś obiektem zabiegów magicznych. Bardzo chciałam być zdrowa, uważałam na siebie, i w ogóle, ale po prostu ciało okazało się słabsze. Nie było co zaciskać zębów, trzeba się było przed sobą samą przyznać, że po prostu nie daję rady.
Od siedzenia w domu powoli zaczęłam dostawać już hopla lub też tak zwanej schizy. Chciałoby się gdzieś wyrwać, oj, wyrwać, wyskoczyć, uciec. Od problemów i stresów. Bo jak przyjeżdżam z T. tutaj do Polski, to przecież nie jestem na wakacjach: trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, trzeba załatwić, pojechać, przyjechać. A pomiędzy tym jest domowe życie, które nie ma w sobie żadnego podobieństwa do wakacji. Za dużo stresu dokoła. Nie sposób od tego się oderwać, i udawać, że mnie nie dotyczy.
Miałam w piątek jechać do Warszawy spotkać się z Wydawcą, ale właśnie tego dnia zdrowie kolejny raz dało mi totalnie popalić. Nawrót złego samopoczucia, totalny bunt na pokładzie, i decyzja, że w takim stanie jechać nie mogę. A szkoda, bo właśnie przypadby mi się nawet jeden dzień w innym mieście.
No cóż, jedyne, co mogę zrobić, to zebrać się do kupy, ufarbować włosy, iść do przodu. Za ponad tydzień wracam do T. i trzeba będzie zakasać rękawy do zarabiania pieniędzy. Wreszcie. Co wcale nie będzie takie łatwe zważywszy moją tendencję do przejmowania się każdym gównem. Właśnie niedawno dotarło do mnie, że zmiany zmianami, ale w kwestii pewności siebie nadal jestem na podobnym poziomie co lata temu. Że to się po prostu nie zmienia. Taka obsesja tłumaczenia się każdemu, kto ma coś mi do zarzucenia, ba, nawet temu, kto mnie nie zna, tylko surowo ocenia moją rodzącą się firmę. Muszę koniecznie wytłumaczyć się, bo bez tego nie mogłabym dalej żyć. Że ja nie taka jestem. Że ta osoba się myli w ocenie. Że to nie tak.
Zamiast olać wszystko i robić swoje, wciąż się przed całym światem tłumaczę, jakby to miało (dla tego świata) jakieś znaczenie. Oni wiedzą swoje. A ja też powinnam wiedzieć swoje. Zamiast siedzieć w domu i się gryźć, że ktoś mi zarzuca, że nie jestem idealna, po prostu wrócić do przerwanych obowiązków.
Ciekawe kiedy wreszcie się tego nauczę.
Od siedzenia w domu powoli zaczęłam dostawać już hopla lub też tak zwanej schizy. Chciałoby się gdzieś wyrwać, oj, wyrwać, wyskoczyć, uciec. Od problemów i stresów. Bo jak przyjeżdżam z T. tutaj do Polski, to przecież nie jestem na wakacjach: trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, trzeba załatwić, pojechać, przyjechać. A pomiędzy tym jest domowe życie, które nie ma w sobie żadnego podobieństwa do wakacji. Za dużo stresu dokoła. Nie sposób od tego się oderwać, i udawać, że mnie nie dotyczy.
Miałam w piątek jechać do Warszawy spotkać się z Wydawcą, ale właśnie tego dnia zdrowie kolejny raz dało mi totalnie popalić. Nawrót złego samopoczucia, totalny bunt na pokładzie, i decyzja, że w takim stanie jechać nie mogę. A szkoda, bo właśnie przypadby mi się nawet jeden dzień w innym mieście.
No cóż, jedyne, co mogę zrobić, to zebrać się do kupy, ufarbować włosy, iść do przodu. Za ponad tydzień wracam do T. i trzeba będzie zakasać rękawy do zarabiania pieniędzy. Wreszcie. Co wcale nie będzie takie łatwe zważywszy moją tendencję do przejmowania się każdym gównem. Właśnie niedawno dotarło do mnie, że zmiany zmianami, ale w kwestii pewności siebie nadal jestem na podobnym poziomie co lata temu. Że to się po prostu nie zmienia. Taka obsesja tłumaczenia się każdemu, kto ma coś mi do zarzucenia, ba, nawet temu, kto mnie nie zna, tylko surowo ocenia moją rodzącą się firmę. Muszę koniecznie wytłumaczyć się, bo bez tego nie mogłabym dalej żyć. Że ja nie taka jestem. Że ta osoba się myli w ocenie. Że to nie tak.
Zamiast olać wszystko i robić swoje, wciąż się przed całym światem tłumaczę, jakby to miało (dla tego świata) jakieś znaczenie. Oni wiedzą swoje. A ja też powinnam wiedzieć swoje. Zamiast siedzieć w domu i się gryźć, że ktoś mi zarzuca, że nie jestem idealna, po prostu wrócić do przerwanych obowiązków.
Ciekawe kiedy wreszcie się tego nauczę.
czwartek, 31 marca 2011
KREDYTOWKA
Ta, szybko sie dowiedzialam skad Ci wszyscy ludzie maja kase. Oni po prostu ROBIA NA KREDYT. Straszne i niewiarygodne. Jak tak w ogole mozna? Nie swoje pieniadze wydawac bezwstydnie.
I jeszcze bank tak nachalnie proponuje sam z siebie. Ze nie potrzebuje zaswiadczen o zarobkach. Ze nie potrzebuje nic poza dowodem osobistym. Ze jestem ich stala klientka i to jest po prostu jedna z propozycji. Jak oni moga to robic czlowiekowi. Tozto prawdziwy grzech.
Z racji braku stalosci w moim zyciu nigdy niczego nie kupowalam na kredyt ani na raty. Jesli od kogos pozyczalam pieniadze to nigdy na procent, tylko od rodziny i przyjaciol, a to - wiadomo - zupelnie inna bajka. Zreszta niby rodzina a tez stres jest. W koncu nie jestesmy sobie tacy dziani, co by dawac i nie liczyc na oddanie.
W zwiazku z tym wypelniajac formularz o karte kredytowa (wyszlo ze z tych wszystkich opcji w moim przypadku jest najlepsza) musialam go wypelniac 3 razy, bo wciaz robilam jakies bledy. Pani bankowa widzac to probowala mnie naciagnac na jakies mega-hiper ubezpieczenia do kart od kradziezy, zgubienia, zniszczenia, zalania i nie wiem co jeszcze. Aha i jeszcze na ubezpieczenie od utraty pracy co w moim przypadku jest w ogole potwornie kuszace - na szczescie nie zgodzilam sie i po czasie przeczytalam w warunkach, ze przyslugiwaloby tylko bezrobotnym z prawem do zasilku - a przeciez ja tego prawa nie posiadam! No i jednak dzieki boziom ze asertywnosc mam w warunkach bojowych wycwiczona, bo szkoda by bylo.
No i teraz mam straszny problem. Na koncie nagle pojawilo sie mnostwo pieniedzy, a ja mam tyle potrzeb i tyle stresu. O 8.45 Pieprzony Angol od ktorego wynajmujemy mieszkanie raczyl mi napisac smsa, ze nadal nie wplynely pieniadze i ze "this is not good". Tak jak by opieszalosc banku w T. to byla przepraszam moja wina. Zaproponowalam mu wyslanie potwierdzenia przelewu i co gorsza, ten przebrzydly stary dziad poprosil o niego!
Nienawidze, po prostu nienawidze, kiedy podejrzewa sie mnie o sciemy i machlojki, kiedy ja klamac po prostu nie potrafie. I zawsze spalam sie ze stresu, co by nikt mnie nie posadzil o sciemy i machlojki. Ale ludzie tacy sa, ze sadza po sobie.
Wyslalam potwierdzenie Angolowi i rozmasowalam sobie skronie metoda akupresury.
Ja nie wiem, po prostu nie wiem. Dorosle zycie mnie przerasta. Wciaz tyle stresow i problemow. Po prostu nie wyrabiam.
PS. Nawet nie wspomnialam o moim zatruciu jakims wirusem ktory krazy po Poznaniu i przez ktorego mialam 2 dni z zyciorysu. Na szczescie na koncert Chicka Corei sie wygrzebalam, bo to byl prezent urodzinowy dla Mamy, nie mozna bylo tego odpuscic. I dobrze, bo jak mowia muzyka leczy, szczegolnie taka.
I jeszcze bank tak nachalnie proponuje sam z siebie. Ze nie potrzebuje zaswiadczen o zarobkach. Ze nie potrzebuje nic poza dowodem osobistym. Ze jestem ich stala klientka i to jest po prostu jedna z propozycji. Jak oni moga to robic czlowiekowi. Tozto prawdziwy grzech.
Z racji braku stalosci w moim zyciu nigdy niczego nie kupowalam na kredyt ani na raty. Jesli od kogos pozyczalam pieniadze to nigdy na procent, tylko od rodziny i przyjaciol, a to - wiadomo - zupelnie inna bajka. Zreszta niby rodzina a tez stres jest. W koncu nie jestesmy sobie tacy dziani, co by dawac i nie liczyc na oddanie.
W zwiazku z tym wypelniajac formularz o karte kredytowa (wyszlo ze z tych wszystkich opcji w moim przypadku jest najlepsza) musialam go wypelniac 3 razy, bo wciaz robilam jakies bledy. Pani bankowa widzac to probowala mnie naciagnac na jakies mega-hiper ubezpieczenia do kart od kradziezy, zgubienia, zniszczenia, zalania i nie wiem co jeszcze. Aha i jeszcze na ubezpieczenie od utraty pracy co w moim przypadku jest w ogole potwornie kuszace - na szczescie nie zgodzilam sie i po czasie przeczytalam w warunkach, ze przyslugiwaloby tylko bezrobotnym z prawem do zasilku - a przeciez ja tego prawa nie posiadam! No i jednak dzieki boziom ze asertywnosc mam w warunkach bojowych wycwiczona, bo szkoda by bylo.
No i teraz mam straszny problem. Na koncie nagle pojawilo sie mnostwo pieniedzy, a ja mam tyle potrzeb i tyle stresu. O 8.45 Pieprzony Angol od ktorego wynajmujemy mieszkanie raczyl mi napisac smsa, ze nadal nie wplynely pieniadze i ze "this is not good". Tak jak by opieszalosc banku w T. to byla przepraszam moja wina. Zaproponowalam mu wyslanie potwierdzenia przelewu i co gorsza, ten przebrzydly stary dziad poprosil o niego!
Nienawidze, po prostu nienawidze, kiedy podejrzewa sie mnie o sciemy i machlojki, kiedy ja klamac po prostu nie potrafie. I zawsze spalam sie ze stresu, co by nikt mnie nie posadzil o sciemy i machlojki. Ale ludzie tacy sa, ze sadza po sobie.
Wyslalam potwierdzenie Angolowi i rozmasowalam sobie skronie metoda akupresury.
Ja nie wiem, po prostu nie wiem. Dorosle zycie mnie przerasta. Wciaz tyle stresow i problemow. Po prostu nie wyrabiam.
PS. Nawet nie wspomnialam o moim zatruciu jakims wirusem ktory krazy po Poznaniu i przez ktorego mialam 2 dni z zyciorysu. Na szczescie na koncert Chicka Corei sie wygrzebalam, bo to byl prezent urodzinowy dla Mamy, nie mozna bylo tego odpuscic. I dobrze, bo jak mowia muzyka leczy, szczegolnie taka.
czwartek, 24 marca 2011
PIENIADZE
mimo tylu pozytywnych zmian w moim zyciu i moim mysleniu, zarowno ja jak i moje otoczenie boryka sie wciaz z jednym problemem: nieustannym niedostatkiem pieniedzy. nie wiem dlaczego tak jest, ze ciagle jestem na minusie, a jak na plusie to tymczasowym. nie, zebym robila jakies wielkie zakupy, raczej przeciwnie. nie zyje beztrosko (chyba ze zycie w kraju na T. mozna nazwac beztroska; watpie). moimi jedynymi szalenstwami sa bilety lotnicze do Polski i z powrotem kupowane tak czesto jak tylko moge (czyli 3-4 razy do roku). i tak kupuje je w tanich liniach. komfort lotu z wlasnego miasta bez przesiadek zdarzyl mi sie moze 2 razy w zyciu, ale wtedy placil pracodawca. w innym wypadku czeka mnie 12 godzin podrozy z czego lot zajmuje ledwo 3 godziny.
niezla rozpusta.
mozecie sie smiac, ale jestem po prostu rozgoryczona. nie zartuje, jestem, kurwa, rozgoryczona. widze problemy z praca moich najblizszych (notabene, tzw. drobni przedsiebiorcy), wciaz sobie nawzajem pozyczamy, wciaz nas na cos nie stac. wciaz usilujemy cos wymyslic, zeby to zmienic i wciaz sie nie udaje.
a kiedy ide do jakiegos centrum handlowego, czy na spacer do miasta, to tam dzikie tlumy z papierowymi snobistycznymi reklamowkami w dloniach. w sklepach kolejki do przebieralni. nie potrafie zglebic, skad ci ludzie maja kase.
ja wlasnie dzisiaj wyrzucilam wreszcie 2 pary starych butow bo juz sie podeszwy odrywaly.
gdzie oni, gdzie ja.
nie wiem jaka jest recepta. w T. zalegamy z czynszem i rachunkami, bo B. podobnie jak ja, nie ma w zimie pracy. ale, na ironie, wlascicielem mieszkania jest stary glupi Angol, ktory nie jest w stanie tego zrozumiec. przykazanie nr 45: bedac w kraju na T. nigdy nie wynajmuj mieszkania od Angola. nie po to uczylam sie luzu i spokoju ducha w kraju na T. by teraz stresowac sie kazdym opoznieniem w platnosciach. obywatel T. w ogole by nie zwrocil na to uwagi.
kurde.
bank zaproponowal mi karte kredytowa. w takiej sytuacji chyba sie skusze. pozostaje miec nadzieje, ze bedzie z czego ja splacac.
PS. i zupelnie nie napisalam o tym, jak mi milo mija czas. ucze sie jogi, co sprawia mi mnostwo frajdy (bo to nie jest natchniona joga typu "om" tylko normalny konkret). bylam na Woody Allenie i Królu, oba boskie. chodze po miescie, a slonce uroczo swieci. w tej sytuacji zadziwiajaco dobre samopoczucie.
niezla rozpusta.
mozecie sie smiac, ale jestem po prostu rozgoryczona. nie zartuje, jestem, kurwa, rozgoryczona. widze problemy z praca moich najblizszych (notabene, tzw. drobni przedsiebiorcy), wciaz sobie nawzajem pozyczamy, wciaz nas na cos nie stac. wciaz usilujemy cos wymyslic, zeby to zmienic i wciaz sie nie udaje.
a kiedy ide do jakiegos centrum handlowego, czy na spacer do miasta, to tam dzikie tlumy z papierowymi snobistycznymi reklamowkami w dloniach. w sklepach kolejki do przebieralni. nie potrafie zglebic, skad ci ludzie maja kase.
ja wlasnie dzisiaj wyrzucilam wreszcie 2 pary starych butow bo juz sie podeszwy odrywaly.
gdzie oni, gdzie ja.
nie wiem jaka jest recepta. w T. zalegamy z czynszem i rachunkami, bo B. podobnie jak ja, nie ma w zimie pracy. ale, na ironie, wlascicielem mieszkania jest stary glupi Angol, ktory nie jest w stanie tego zrozumiec. przykazanie nr 45: bedac w kraju na T. nigdy nie wynajmuj mieszkania od Angola. nie po to uczylam sie luzu i spokoju ducha w kraju na T. by teraz stresowac sie kazdym opoznieniem w platnosciach. obywatel T. w ogole by nie zwrocil na to uwagi.
kurde.
bank zaproponowal mi karte kredytowa. w takiej sytuacji chyba sie skusze. pozostaje miec nadzieje, ze bedzie z czego ja splacac.
PS. i zupelnie nie napisalam o tym, jak mi milo mija czas. ucze sie jogi, co sprawia mi mnostwo frajdy (bo to nie jest natchniona joga typu "om" tylko normalny konkret). bylam na Woody Allenie i Królu, oba boskie. chodze po miescie, a slonce uroczo swieci. w tej sytuacji zadziwiajaco dobre samopoczucie.
poniedziałek, 21 marca 2011
smieci - notka tradycyjna
jestem w Polsce i jak co roku na wiosne dostaje schizy w temacie smieci. pisze o tym co roku, a przynajmniej tak mi sie wydaje - nawet jesli nie pisze, to wylewam swoje zale mamie, bratu i innym przypadkowym sluchaczom. chce sie oczyscic i to nie tylko symbolicznie. co roku mi sie nie udaje, bo ogrom smieci zalegajacych w moim zyciu poczawszy od mieszkania, szaf z ciuchami, polek z ksiazkami, pudelek z tak zwanymi wspomnieniami z dziecinstwa, skonczywszy na tym co zalega w komputerze, telefonie, na gg, plytach dvd i cd - ten ogrom zalegajacy wszedzie i wylewajacy sie z kazdej strony mnie po prostu przerasta. w ktoryms momencie po prostu mam dosc i rezygnuje.
kolejnej wiosny (lub przed Sylwestrem) sytuacja sie powtarza. i tak od lat :)
nie jestem tez na tyle systematyczna zeby te wyrzucanie smieci i porzadkowanie robic wg jakiegos klucza. mimo ze wyznaje archiwizacje egzystencji, nie wiem jak archiwizowac zdjecia. mam ich tysiace. i zawsze wydaje mi sie, ze mam nad nimi kontrole, do momentu gdy zglosi sie ktos by powiedziec: potrzebne mi troche twoich zdjec miasta X.
i wtedy popadam naprzemiennie w stan refleksji i paniki.
nie jest wesoly wniosek, ze bedzie jeszcze gorzej. technika wciaz idzie do przodu i zostawia nas z tylu z tymi wszystkimi niekompatybilnymi kabelkami, plytkami, kasetami i formatami. a nie potrafimy (ja nie potrafie) ot tak po prostu wyrzucic tego do smieci.
nie umiem tez zyc minimalistycznie. niby chce, ale nie umiem. wciaz mi sie wydaje ze cos sie przyda, ze powinnam zachowac "na pozniej". podziwiam osoby ktore maja kilka ciuchow na krzyz, polke ulubionych ksiazek i laptopa - i potrafia z tym jakos zyc. ja niby tez potrafie - w koncu za granica dowiodlam sama sobie, ze mozna wytrzymac pol roku czy nawet rok bez tych wszystkich pierdol, tylko z jedna walizka szmat i ulubionymi kawalkami na mp3. ale ta cala PRZESZLOSC? gdyby nie pewnosc, ze lezy sobie w cieplutkim pokoju u mojej mamy w Polsce, chyba czulabym sie w jakis sposob pusta, albo chociaz czegos pozbawiona.
jak sobie z tym poradzic, nie wiem. chyba tylko pozostaje co jakis czas probowac no i regularnie pisac o tym notke na blogu. od razu lepiej, mowie ja wam!
kolejnej wiosny (lub przed Sylwestrem) sytuacja sie powtarza. i tak od lat :)
nie jestem tez na tyle systematyczna zeby te wyrzucanie smieci i porzadkowanie robic wg jakiegos klucza. mimo ze wyznaje archiwizacje egzystencji, nie wiem jak archiwizowac zdjecia. mam ich tysiace. i zawsze wydaje mi sie, ze mam nad nimi kontrole, do momentu gdy zglosi sie ktos by powiedziec: potrzebne mi troche twoich zdjec miasta X.
i wtedy popadam naprzemiennie w stan refleksji i paniki.
nie jest wesoly wniosek, ze bedzie jeszcze gorzej. technika wciaz idzie do przodu i zostawia nas z tylu z tymi wszystkimi niekompatybilnymi kabelkami, plytkami, kasetami i formatami. a nie potrafimy (ja nie potrafie) ot tak po prostu wyrzucic tego do smieci.
nie umiem tez zyc minimalistycznie. niby chce, ale nie umiem. wciaz mi sie wydaje ze cos sie przyda, ze powinnam zachowac "na pozniej". podziwiam osoby ktore maja kilka ciuchow na krzyz, polke ulubionych ksiazek i laptopa - i potrafia z tym jakos zyc. ja niby tez potrafie - w koncu za granica dowiodlam sama sobie, ze mozna wytrzymac pol roku czy nawet rok bez tych wszystkich pierdol, tylko z jedna walizka szmat i ulubionymi kawalkami na mp3. ale ta cala PRZESZLOSC? gdyby nie pewnosc, ze lezy sobie w cieplutkim pokoju u mojej mamy w Polsce, chyba czulabym sie w jakis sposob pusta, albo chociaz czegos pozbawiona.
jak sobie z tym poradzic, nie wiem. chyba tylko pozostaje co jakis czas probowac no i regularnie pisac o tym notke na blogu. od razu lepiej, mowie ja wam!
sobota, 12 marca 2011
BLOKI
Mieszkam w takim kraju ktory czasami blokuje rozne rzeczy. Na przyklad serwisy internetowe. Jakis user zlamal prawo wrzucajac gdzies cos nielegalnego, za co tutejszy sad blokuje od linijki caly serwis. Tak jak przez lata wkurzal mnie kazdy wyslany przez polskich znajomych link na youtube, bo nie moglam go otworzyc, tak teraz (jak youtube w koncu odblokowali) zablokowali blogspota. Niniejszym zagladanie na blogi, juz nie mowiac o pisaniu zrobilo sie trudniejsze, bo nie wystarczy ot tak kliknac w zakladke "ulubione" tylko trzeba kombinowac z IP i tak dalej.
W sytuacji gdy obydwa moje blogi sa na tym serwisie, nie mowiac juz o masie rozmaitych czytanych przeze mnie, robi sie to nieco denerwujace.
Ale coz. Zaczynam sie pomalu do tego przyzwyczajac.
Zreszta za kilka dni znow lece do Polski wiec bede mogla sie nacieszyc wolnoscia internetu :) Juz nie mowiac o polskich marcowo-kwietniowych jazdach. Ah, pierwsze sloneczko! Ah, kawka na rynku! Ah, zakupy w polskich sklepach! Ah, rozjechani polscy znajomi!
Mimo, ze w porownaniu do zeszlych lat w kraju na T. odnajduje sie coraz lepiej, kazda podroz do Polski to praktyczny ekstatyczny odlot. Zreszta robi mi to dobrze na zdrowie. Obydwa kraje dawkuje sobie w przetestowanych wczesniej ilosciach i wszystko przebiega milo-i-przyjemnie.
Moze po drodze wpadnie jeszcze jakis weekendowy wypad do innego kraju? Moze Wlochy? Moze Hiszpania? W zadnym z nich nie bylam (Kanarki sie nie licza) a tak mi sie chce! Nazywaja to city-breakiem, tez mam ochote na taki break. Na typowe zwiedzanie (bez odpowiedzialnosci, bez grupy turystow za plecami, z wylaczonym telefonem), z aparatem na szyi, w kompletnie nowym miejscu. Bez takich spraw dluzej niz pol roku naprawde sie nie da. To praktycznie jak uzaleznienie.
Tym bardziej ze czuje juz za plecami oddech pracy. Oddech pracy, a zarazem oddech kasy. Wlasna firma wylania sie spod ziemi i paczkuje. Trzeba korzystac z kazdej wolnej chwili, bo w tym roku wszystko bedzie inaczej. Praca na swoim, stosy maili do odebrania, telefony, smsy. Juz sie dzieje, a bedzie sie dziac jeszcze wiecej. Nieslychane, jak ugruntowana blogowa pozycja moze pomoc w interesach. Chyba w tym roku moja mantra to bedzie: Och, zeby tylko tego nie spieprzyc.
W sytuacji gdy obydwa moje blogi sa na tym serwisie, nie mowiac juz o masie rozmaitych czytanych przeze mnie, robi sie to nieco denerwujace.
Ale coz. Zaczynam sie pomalu do tego przyzwyczajac.
Zreszta za kilka dni znow lece do Polski wiec bede mogla sie nacieszyc wolnoscia internetu :) Juz nie mowiac o polskich marcowo-kwietniowych jazdach. Ah, pierwsze sloneczko! Ah, kawka na rynku! Ah, zakupy w polskich sklepach! Ah, rozjechani polscy znajomi!
Mimo, ze w porownaniu do zeszlych lat w kraju na T. odnajduje sie coraz lepiej, kazda podroz do Polski to praktyczny ekstatyczny odlot. Zreszta robi mi to dobrze na zdrowie. Obydwa kraje dawkuje sobie w przetestowanych wczesniej ilosciach i wszystko przebiega milo-i-przyjemnie.
Moze po drodze wpadnie jeszcze jakis weekendowy wypad do innego kraju? Moze Wlochy? Moze Hiszpania? W zadnym z nich nie bylam (Kanarki sie nie licza) a tak mi sie chce! Nazywaja to city-breakiem, tez mam ochote na taki break. Na typowe zwiedzanie (bez odpowiedzialnosci, bez grupy turystow za plecami, z wylaczonym telefonem), z aparatem na szyi, w kompletnie nowym miejscu. Bez takich spraw dluzej niz pol roku naprawde sie nie da. To praktycznie jak uzaleznienie.
Tym bardziej ze czuje juz za plecami oddech pracy. Oddech pracy, a zarazem oddech kasy. Wlasna firma wylania sie spod ziemi i paczkuje. Trzeba korzystac z kazdej wolnej chwili, bo w tym roku wszystko bedzie inaczej. Praca na swoim, stosy maili do odebrania, telefony, smsy. Juz sie dzieje, a bedzie sie dziac jeszcze wiecej. Nieslychane, jak ugruntowana blogowa pozycja moze pomoc w interesach. Chyba w tym roku moja mantra to bedzie: Och, zeby tylko tego nie spieprzyc.
czwartek, 24 lutego 2011
wiadomosci
zdecydowanie lepiej mi się żyło, jak nie interesowałam się tym wszystkim, co dzieje się na świecie. nie oglądałam nigdy wiadomości, denerwowało mnie epatowanie sensacją, szukanie dziury w całym, ten niezdrowy błysk w oku reporterów, że "coś się dzieje". historią samą w sobie też nigdy się nie interesowałam, ba, nudziła mnie potwornie.
poza tym strasznie przeżywałam i nadal przeżywam wszystkie paskudne sceny, widoki, ujęcia. pod tym względem jestem typowy mięczak, nawet horrorów oglądać nie mogę, a co dopiero obrazy, które są prawdziwe.
potem po nocach się męczę, mam koszmarne sny. nawet nie próbuję tego zwalczyć, po prostu trzymam się z daleka, oglądam tylko fajne i wesołe filmy, unikam wiadomości i ekspresów reporterów. może i to dziecinne nieco ale chrzanię to, najwyraźniej taka już jestem i koniec.
mieszkanie z B. trochę zmieniło całą sytuację. moja mama (poprzednia moja współlokatorka, hehe) jest podobna do mnie, i najlepiej nie oglądałybyśmy telewizji w ogóle, jeśli już to jakiś fajny film. słuchamy też wspólnie muzyki, albo audycji w trójeczce, i wszystko jest piękne, gra i śpiewa. a my gadamy, gadamy i gadamy, tudzież czytamy i nic nie odwraca naszej uwagi.
B. jest z kolei maniakiem wiadomości i ma jakiś biologiczny przymus oglądania ich wszystkich na różnych kanałach. musi wiedzieć co się dzieje, jako niedoszły student prawa (fuj). ogląda, porównuje, komentuje, rzuca się na kanapie i psioczy na polityków. a potem najchętnie oglądałby jakieś historyczne filmy. coś strasznego.
kiedy dyskutujemy na temat oglądanych spraw uderzała mnie moja ignorancja, tyle nie wiem o Polsce, nie mówiąc już o świecie. a jednak ciekawie jest zestawiać jego podejścia i poglądy do moich, jako zderzenie Azja vs. Europa, świat muzułmański vs. chrześcijański i tak dalej. zaczęłam więc nadrabiać zaległości, bo po prostu głupio mi było, że nie jestem równorzędnym partnerem w dyskusji, nie mówiąc już o tym, że przebywając tu między innymi ludźmi w obcym kraju warto by było być w jakimś stopniu ambasadorem własnej kultury.
czytam więc regularnie wiadomości w sieci po polsku i oglądam z nim telewizję po barbarzyńsku. z jednej strony jest to niesamowicie ciekawe & wciągające, odkrywać różne powiązania, wpływy, związki. masa wiedzy się odsłania. z drugiej strony dostaję mówiąc krótko konkretnej doliny.
wczoraj po nadrobieniu wszystkich zaległości na temat Libii a potem rodziny Tudorów (vide oglądany przez nas serial) miałam łeb pełny i ciężki, poszłam spać i w nocy koszmary, tragedie, rozlewy krwi i moje strachliwe przebudzenia się co godzinę. nie powiem, żeby to fajne było. chyba dam sobie spokój na jakiś czas z tymi wiadomościami, bo to mnie przerasta.
skupię się na książce, na kwiatkach i muzyczkach, na gotowaniu w kuchni, i na serialu ally mcbeal. to mój bezpieczny mały światek, w którym nic się złego stać nie może. taka amelia w swojskim wydaniu, albo raczej ania z zielonego wzgórza. czysty romantyzm ale przynajmniej można spać spokojnie.
poza tym strasznie przeżywałam i nadal przeżywam wszystkie paskudne sceny, widoki, ujęcia. pod tym względem jestem typowy mięczak, nawet horrorów oglądać nie mogę, a co dopiero obrazy, które są prawdziwe.
potem po nocach się męczę, mam koszmarne sny. nawet nie próbuję tego zwalczyć, po prostu trzymam się z daleka, oglądam tylko fajne i wesołe filmy, unikam wiadomości i ekspresów reporterów. może i to dziecinne nieco ale chrzanię to, najwyraźniej taka już jestem i koniec.
mieszkanie z B. trochę zmieniło całą sytuację. moja mama (poprzednia moja współlokatorka, hehe) jest podobna do mnie, i najlepiej nie oglądałybyśmy telewizji w ogóle, jeśli już to jakiś fajny film. słuchamy też wspólnie muzyki, albo audycji w trójeczce, i wszystko jest piękne, gra i śpiewa. a my gadamy, gadamy i gadamy, tudzież czytamy i nic nie odwraca naszej uwagi.
B. jest z kolei maniakiem wiadomości i ma jakiś biologiczny przymus oglądania ich wszystkich na różnych kanałach. musi wiedzieć co się dzieje, jako niedoszły student prawa (fuj). ogląda, porównuje, komentuje, rzuca się na kanapie i psioczy na polityków. a potem najchętnie oglądałby jakieś historyczne filmy. coś strasznego.
kiedy dyskutujemy na temat oglądanych spraw uderzała mnie moja ignorancja, tyle nie wiem o Polsce, nie mówiąc już o świecie. a jednak ciekawie jest zestawiać jego podejścia i poglądy do moich, jako zderzenie Azja vs. Europa, świat muzułmański vs. chrześcijański i tak dalej. zaczęłam więc nadrabiać zaległości, bo po prostu głupio mi było, że nie jestem równorzędnym partnerem w dyskusji, nie mówiąc już o tym, że przebywając tu między innymi ludźmi w obcym kraju warto by było być w jakimś stopniu ambasadorem własnej kultury.
czytam więc regularnie wiadomości w sieci po polsku i oglądam z nim telewizję po barbarzyńsku. z jednej strony jest to niesamowicie ciekawe & wciągające, odkrywać różne powiązania, wpływy, związki. masa wiedzy się odsłania. z drugiej strony dostaję mówiąc krótko konkretnej doliny.
wczoraj po nadrobieniu wszystkich zaległości na temat Libii a potem rodziny Tudorów (vide oglądany przez nas serial) miałam łeb pełny i ciężki, poszłam spać i w nocy koszmary, tragedie, rozlewy krwi i moje strachliwe przebudzenia się co godzinę. nie powiem, żeby to fajne było. chyba dam sobie spokój na jakiś czas z tymi wiadomościami, bo to mnie przerasta.
skupię się na książce, na kwiatkach i muzyczkach, na gotowaniu w kuchni, i na serialu ally mcbeal. to mój bezpieczny mały światek, w którym nic się złego stać nie może. taka amelia w swojskim wydaniu, albo raczej ania z zielonego wzgórza. czysty romantyzm ale przynajmniej można spać spokojnie.
poniedziałek, 21 lutego 2011
poniedzialek
oto pod pretekstem zarobienia paru groszy zgodziłam się pouprawiać mój dotychczasowy zawód, z którego oficjalnie już zrezygnowałam. jestem na zastępstwie. nie jest łatwo po paru miesiącach lenistwa wstać nagle o 7 rano i harować do 19. i następnego dnia znów. nogi spuchnięte od godzin spędzonych w autokarze i na lotnisku. wciąż głodna, bo zdecydowanie więcej kalorii spalam teraz niż w pozycji leniwca. dni szybko mijają i na nic nie ma czasu. po powrocie do domu żeby odreagować (bo bez stresu i problemów się nie obyło) zamiast zamówić sobie pizzę na telefon stałam 3 godziny przy garach na zasadzie: "o, co tam w lodówce? no to ugotujmy coś z tego co by się nie zepsuło". faktycznie gotowanie mnie zrelaksowało, ale jak potem wzięłam prysznic i padłam przed tv, to byłam już praktycznie martwa. nie było jak ze mną nawet pogadać, spałam z otwartymi oczami.
i to jest życie? wierzyć się nie chce, że żyłam tak miesiącami. nie wiedząc co się dzieje na świecie i u znajomych, nie pisząc, nie czytając, nie podróżując, jedząc byle co, nie myśląc o niczym poza pracą. nawet sny miałam na temat moich turystów-podopiecznych. jeszcze żeby ktoś to doceniał! no ale - właśnie. wiem aż za dobrze, co się "gada" na temat tego zawodu. od szefa aż po osoby, którym poświęcasz swój czas - nikt nie traktuje twojego zajęcia serio, włącznie z kwestiami finansów i ubezpieczeń.
jak dobrze, że to tylko na parę dni i w sobotę po południu znów będę wolnym człowiekiem. wolnym w pełnym tego słowa znaczeniu, totalnym fri lanserem. teraz ta wolność dopiero do mnie dociera. jak ona smakuje, jak ona pachnie! o żesz w mordę, jaka ekscytacja, a to dopiero początek!!
dziś dla urozmaicenia wolne, co odpowiada mi niezmiernie, w końcu jest poniedziałek. w poniedziałki mieć wolne to jak mieć wolne dwa razy. leniwe śniadanie z facetem, papierosek i kawka, nogi na stole i komputer. nie trzeba robić nic. na dodatek odkryłyśmy z A., że wydawca umieścił notkę o naszym dziele na swoim blogu, a to nadaje książce wymiarów realności (tak jakby podpisana umowa nie nadawała).
jest więc dziś zdecydowanie poniedziałek poniedziałków. aż mnie przechodzą dreszcze z radochy.
i to jest życie? wierzyć się nie chce, że żyłam tak miesiącami. nie wiedząc co się dzieje na świecie i u znajomych, nie pisząc, nie czytając, nie podróżując, jedząc byle co, nie myśląc o niczym poza pracą. nawet sny miałam na temat moich turystów-podopiecznych. jeszcze żeby ktoś to doceniał! no ale - właśnie. wiem aż za dobrze, co się "gada" na temat tego zawodu. od szefa aż po osoby, którym poświęcasz swój czas - nikt nie traktuje twojego zajęcia serio, włącznie z kwestiami finansów i ubezpieczeń.
jak dobrze, że to tylko na parę dni i w sobotę po południu znów będę wolnym człowiekiem. wolnym w pełnym tego słowa znaczeniu, totalnym fri lanserem. teraz ta wolność dopiero do mnie dociera. jak ona smakuje, jak ona pachnie! o żesz w mordę, jaka ekscytacja, a to dopiero początek!!
dziś dla urozmaicenia wolne, co odpowiada mi niezmiernie, w końcu jest poniedziałek. w poniedziałki mieć wolne to jak mieć wolne dwa razy. leniwe śniadanie z facetem, papierosek i kawka, nogi na stole i komputer. nie trzeba robić nic. na dodatek odkryłyśmy z A., że wydawca umieścił notkę o naszym dziele na swoim blogu, a to nadaje książce wymiarów realności (tak jakby podpisana umowa nie nadawała).
jest więc dziś zdecydowanie poniedziałek poniedziałków. aż mnie przechodzą dreszcze z radochy.
środa, 16 lutego 2011
Wkurzona, bo:
- po 2 dniach nadal nie mogę okiełznać swojej fryzury. Aby coś na to poradzić zaczęłam przeczesywać net i dowiedziałam się dużo ciekawych rzeczy np. o ilości dostępnych kosmetyków do stylizacji włosów, o ilości stylistek wrzucających na youtube'a filmiki prezentujące rozmaite uczesania, i w ogóle. I odzyskałam nadzieję.
- a potem poszłam do łazienki i próbowałam coś zastosować, i nic mi nie wyszło. Nadal wyglądam jak zmokła kura. Naprawdę w końcu założę chustkę, tak jak wtedy jak miałam te krótkie włosy w 2008.
- chyba ogólnie jestem wkurzona, muszę sobie strzelić kawę i coś kalorycznego, bo inaczej będzie bardzo źle
- CZY JA NIE MOGĘ WYGLĄDAĆ JAK CZŁOWIEK? Jak tylko zapuszczę włosy to coś mnie podkusza żeby iść do fryzjera i znów muszę się męczyć ze spineczkami, lakierami i tym całym syfem. O matko jaka jestem wściekła.
- jednak naprawdę, to jak wyglądamy ma bardzo duże znaczenie dla samopoczucia. Naprawdę. Ma.
wtorek, 15 lutego 2011
Walenty złosliwy
Głupia tak mam że wciąż czekam na niespodzianki. A to że mi przyjaciele zgotują nagły niespodziewany przyjazd w odwiedziny do mojej Azji, a to że jak pojadę do PL podczas urodzin to ktoś zorganizuje wielkie huczne party na moją cześć, a to że bojfriend na jakkolwiek przereklamowany ale jednak Dzień Zakochanych zabierze mnie w jakieś super-miejsce i w ogóle że się fajne sprawy dziać będą.
Całe życie tak czekam czekam i nic. Jeśli spotkały mnie jakieś niespodzianki to raczej z tego negatywnego rodzaju, typu: śniadanie wielkanocne podczas którego rodzice ogłaszają, że się rozwodzą, i takie tam. Wszystko sama sobie muszę organizować. I przyjazdy ludzi do mnie w odwiedziny, i huczne party urodzinowe, i działalność boyfrienda. Może tkwi w tym jakieś magiczne zaklęcie, bo wiele razy znajomi mi mówili, że stanowię jakąś siłę napędową tego typu zrywów i jak mnie nie ma to im się nie chce. Bojfriend najwyraźniej też kieruje się podobną taktyką. Może uważają, że tak naprawdę nie lubię niespodzianek, i sama je sobie wolę stwarzać w sposób kontrolowany, co ma swoje uzasadnienie, bo często lubię powtarzać, że faktycznie ich nie lubię (nie dodając, jakie niespodzianki lubię).
Po tym wiele wyjaśniającym akapicie nastąpi relacja z dnia wczorajszego, który dział się według klasycznego niemal schematu. W dobrym słonecznym nastawieniu przespacerowałam się z B do miasta, on do fryzjera i ja do fryzjera, każde do swojego, oczywiście. O ile B nie ma tutaj za dużo do zepsucia, w ogóle faceci mają jednak prosto w tej kwestii (jak i wielu innych, np. ubraniowych, albo w braku kosmetyków do wklepywania i rozbijania wyimaginowanego celluitu), o tyle u mnie jest ZAWSZE coś do zepsucia u fryzjera. Głupcy nie wierzą mi nigdy, kiedy mówię, że mam włosy kręcone, bo widzą je mokre i wyprostowane. Obcinają w jakieś fantazyjne fiu-bźdźiu, a potem kiedy włosy schną robi się falowana masakra. Tym razem fryzjer zorientował się po czasie, kiedy zwróciłam mu uwagę na filuterny loczek na czole.
- O, faktycznie masz kręcone włosy, a myślałem, że przesadzasz! - i zaczął ponownie obrabiać mi włosy tak, żeby nie było bałaganu. Wydawało się, że problem został rozwiązany. Ułożył mi fryz a la Aniołek Charliego, wyszłam na miasto, spotkałam kilku znajomych, którzy komplementowali mój wygląd, świat był piękny. Kupiłam w markecie wino na wieczór, i spotkałam się jeszcze z dwoma koleżankami. Podczas spotkania rozszalała się burza... kiedy wróciłam do domu miałam fryzurę zmokłej kury. Próbując ją opanować odkryłam, że zostałam obcięta na niemieckiego piłkarza, no, może nie aż tak, ale dla mnie wystarczająco, żeby się załamać.
Jak to możliwe, że całe życie jestem rozczochrana i nieułożona? Raz, że nie umiem układać sobie włosów, dwa, że żal mi kasy i czasu, żeby chodzić (jak tutejsze dziewczyny) co 3 dni do fryzjera na układanie, trzy, że jestem dziewczyną w typie NATURALNYM. Nie dla mnie fiokowanie się i wykreowany image z 57 strony VOUGE'a.
Nigdy jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który by to zrozumiał a przy okazji starał się chociaż skumać strukturę mojego włosa. Wrrr.
Zmokła kura opanowała jakoś wszystkie niesforne loczki, podwinęła dywan niemieckiego piłkarza, upiekła ciasteczka cynamonowe w kształcie serduszek, i czekała na boyfrienda, który był na meczu. I czekała, i czekała. A telefon B. się rozładował (rozładowuje się codziennie, tu akurat nie było podpuchy; stary grat). Niniejszym możecie zrozumieć mój wkur*, kiedy boyfriend przyszedł bardzo późno, na szczęście trzeźwy, ale nawet bez złamanego kwiatka. Tak to jest, jak się w zimie nie ma pracy ani kasy. Z jednej strony rozumiem, bo zarówno rok jak i dwa lata tamu były i kwiatki i kolacje (wtedy ja nie miałam dla niego nic poza sobą samą ;) - z drugiej strony tym razem ja miałam dla niego drogi prezent i było mi głupio z powodu tej nierównowagi i na dodatek jego spóźnienia.
Wrrr.
Tak czy siak zawstydziłam boyfrienda który nawet pochwalił moje sterczące loczki i obiecał, że jeszcze to nadrobi. Za rok będę znów leżeć, pachnieć i wymagać, czyli stosować strategię tutejszych babek, to się faktycznie bardziej opyla.
A tak naprawdę - pie*dolę Walentynki. Wolę tą niewymuszoną leniwą codzienność, jaką mam z B od niemal trzech lat. Jest nam tak bardzo zwyczajnie i nudno, że aż nadziwić się nie mogę, że może to być wciąż dla mnie przyjemne. I tyle w temacie.
Całe życie tak czekam czekam i nic. Jeśli spotkały mnie jakieś niespodzianki to raczej z tego negatywnego rodzaju, typu: śniadanie wielkanocne podczas którego rodzice ogłaszają, że się rozwodzą, i takie tam. Wszystko sama sobie muszę organizować. I przyjazdy ludzi do mnie w odwiedziny, i huczne party urodzinowe, i działalność boyfrienda. Może tkwi w tym jakieś magiczne zaklęcie, bo wiele razy znajomi mi mówili, że stanowię jakąś siłę napędową tego typu zrywów i jak mnie nie ma to im się nie chce. Bojfriend najwyraźniej też kieruje się podobną taktyką. Może uważają, że tak naprawdę nie lubię niespodzianek, i sama je sobie wolę stwarzać w sposób kontrolowany, co ma swoje uzasadnienie, bo często lubię powtarzać, że faktycznie ich nie lubię (nie dodając, jakie niespodzianki lubię).
Po tym wiele wyjaśniającym akapicie nastąpi relacja z dnia wczorajszego, który dział się według klasycznego niemal schematu. W dobrym słonecznym nastawieniu przespacerowałam się z B do miasta, on do fryzjera i ja do fryzjera, każde do swojego, oczywiście. O ile B nie ma tutaj za dużo do zepsucia, w ogóle faceci mają jednak prosto w tej kwestii (jak i wielu innych, np. ubraniowych, albo w braku kosmetyków do wklepywania i rozbijania wyimaginowanego celluitu), o tyle u mnie jest ZAWSZE coś do zepsucia u fryzjera. Głupcy nie wierzą mi nigdy, kiedy mówię, że mam włosy kręcone, bo widzą je mokre i wyprostowane. Obcinają w jakieś fantazyjne fiu-bźdźiu, a potem kiedy włosy schną robi się falowana masakra. Tym razem fryzjer zorientował się po czasie, kiedy zwróciłam mu uwagę na filuterny loczek na czole.
- O, faktycznie masz kręcone włosy, a myślałem, że przesadzasz! - i zaczął ponownie obrabiać mi włosy tak, żeby nie było bałaganu. Wydawało się, że problem został rozwiązany. Ułożył mi fryz a la Aniołek Charliego, wyszłam na miasto, spotkałam kilku znajomych, którzy komplementowali mój wygląd, świat był piękny. Kupiłam w markecie wino na wieczór, i spotkałam się jeszcze z dwoma koleżankami. Podczas spotkania rozszalała się burza... kiedy wróciłam do domu miałam fryzurę zmokłej kury. Próbując ją opanować odkryłam, że zostałam obcięta na niemieckiego piłkarza, no, może nie aż tak, ale dla mnie wystarczająco, żeby się załamać.
Jak to możliwe, że całe życie jestem rozczochrana i nieułożona? Raz, że nie umiem układać sobie włosów, dwa, że żal mi kasy i czasu, żeby chodzić (jak tutejsze dziewczyny) co 3 dni do fryzjera na układanie, trzy, że jestem dziewczyną w typie NATURALNYM. Nie dla mnie fiokowanie się i wykreowany image z 57 strony VOUGE'a.
Nigdy jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który by to zrozumiał a przy okazji starał się chociaż skumać strukturę mojego włosa. Wrrr.
Zmokła kura opanowała jakoś wszystkie niesforne loczki, podwinęła dywan niemieckiego piłkarza, upiekła ciasteczka cynamonowe w kształcie serduszek, i czekała na boyfrienda, który był na meczu. I czekała, i czekała. A telefon B. się rozładował (rozładowuje się codziennie, tu akurat nie było podpuchy; stary grat). Niniejszym możecie zrozumieć mój wkur*, kiedy boyfriend przyszedł bardzo późno, na szczęście trzeźwy, ale nawet bez złamanego kwiatka. Tak to jest, jak się w zimie nie ma pracy ani kasy. Z jednej strony rozumiem, bo zarówno rok jak i dwa lata tamu były i kwiatki i kolacje (wtedy ja nie miałam dla niego nic poza sobą samą ;) - z drugiej strony tym razem ja miałam dla niego drogi prezent i było mi głupio z powodu tej nierównowagi i na dodatek jego spóźnienia.
Wrrr.
Tak czy siak zawstydziłam boyfrienda który nawet pochwalił moje sterczące loczki i obiecał, że jeszcze to nadrobi. Za rok będę znów leżeć, pachnieć i wymagać, czyli stosować strategię tutejszych babek, to się faktycznie bardziej opyla.
A tak naprawdę - pie*dolę Walentynki. Wolę tą niewymuszoną leniwą codzienność, jaką mam z B od niemal trzech lat. Jest nam tak bardzo zwyczajnie i nudno, że aż nadziwić się nie mogę, że może to być wciąż dla mnie przyjemne. I tyle w temacie.
poniedziałek, 7 lutego 2011
...and your sister I think her name is debra
podejrzewam, że dużo ludzi uzależnionych od muzyki tak ma, ja mam zawsze. kiedy zdarzy mi się coś smutnego (czyli np. w dawnych czasach jak się okazało, że chłopak w którym się kochałam miał dziewczynę - coś w ten deseń), lubię pławić się w tym smutku, zwielokratniać do go potęgi, rozdmuchiwać. na kilometr śmierdzi to emocjonalną niedojrzałością ale nie o tym chciałam. efekty są czarujące: cały schrzaniony wieczór, wino, tonięcie we łzach i inne takie, a potem cudowne oczyszczenie, nirwana, jak tam zwał. i następnego dnia można już funkcjonować, jakby świat się wcale nie skończył. do tego celu służy mi zawsze muzyka własnie, czyli następuje mało produktywna akcja pod tytułem: szukamy na kompie najsmutniejszych, najbardziej rozdzierających i najbardziej znaczących jeśli chodzi o tekst piosenek na świecie. i już mamy cały wieczór i połowę nocy z głowy.
ponieważ mieszkam teraz w kraju, gdzie jest dużo słońca, zauważyłam wyraźne zmniejszenie stanów tak zwanych chybotliwo-depresyjnych, w które wcześniej wpadałam bardzo często. poza tym ustabilizowały mi się plany życiowe, nie mówiąc już o stałym boyfriendzie. niedojrzałośc emocjonalna jakby się zmniejszyła (a może pod wpływem słońca tak mi się tylko wydaje). jeśli jest się czym martwić to raczej tak chronicznie (typu: brak pieniędzy i tak dalej) , więc rzadko wpadam w tak zwane doły, no, najwyżej z okazji PMSa.
do czego zmierzam. od jakiegoś czasu zdarza mi się, kiedy dostanę jakiegoś dobrego newsa, dokładnie tak się nad tym faktem pastwić, jak wcześniej nad złą wiadomością. zamiast ruszać w podskokach do roboty (w końcu projekt umowy od wydawcy wprost zachęca do zakasania rękawów), spędzam 5 (słownie: pięć!!) godzin przy kompie, wyszukując najbardziej skoczne, wesołe i optymistyczne piosenki na świecie, a potem potrząsam włosami w ich rytm. kiedy składy piosenek się wyczerpią przechodzę do internetu wyszukiwać teledyski tych kawałków, których w zbiorach nie posiadam. robi się z tego niezłe zamieszanie, zaczynam się coraz bardziej zapętlać i zapętlać w tą gęstwinę rozmaitych dźwięków, i tak jak kiedyś z każdym utworem z masochistyczną przyjemnością schodziłam stopień niżej w kierunku otchłani rozpaczy (copyright by Ania Shirley), tak teraz wskakuję coraz wyżej i wyżej, doprowadzając się do radości niemalże absurdalnej. do głupawki już tylko krok.
aktualnie zapodaję sobie pink "feel good time" naprzemiennie z "debra" becka - i już boję się co będzie dalej. chyba pora otworzyć białe wino, które czeka grzecznie na wypicie od dwóch tygodni. aha no i przydałoby się włosy rozczesać bo od tego machania nieco się... ten.
ponieważ mieszkam teraz w kraju, gdzie jest dużo słońca, zauważyłam wyraźne zmniejszenie stanów tak zwanych chybotliwo-depresyjnych, w które wcześniej wpadałam bardzo często. poza tym ustabilizowały mi się plany życiowe, nie mówiąc już o stałym boyfriendzie. niedojrzałośc emocjonalna jakby się zmniejszyła (a może pod wpływem słońca tak mi się tylko wydaje). jeśli jest się czym martwić to raczej tak chronicznie (typu: brak pieniędzy i tak dalej) , więc rzadko wpadam w tak zwane doły, no, najwyżej z okazji PMSa.
do czego zmierzam. od jakiegoś czasu zdarza mi się, kiedy dostanę jakiegoś dobrego newsa, dokładnie tak się nad tym faktem pastwić, jak wcześniej nad złą wiadomością. zamiast ruszać w podskokach do roboty (w końcu projekt umowy od wydawcy wprost zachęca do zakasania rękawów), spędzam 5 (słownie: pięć!!) godzin przy kompie, wyszukując najbardziej skoczne, wesołe i optymistyczne piosenki na świecie, a potem potrząsam włosami w ich rytm. kiedy składy piosenek się wyczerpią przechodzę do internetu wyszukiwać teledyski tych kawałków, których w zbiorach nie posiadam. robi się z tego niezłe zamieszanie, zaczynam się coraz bardziej zapętlać i zapętlać w tą gęstwinę rozmaitych dźwięków, i tak jak kiedyś z każdym utworem z masochistyczną przyjemnością schodziłam stopień niżej w kierunku otchłani rozpaczy (copyright by Ania Shirley), tak teraz wskakuję coraz wyżej i wyżej, doprowadzając się do radości niemalże absurdalnej. do głupawki już tylko krok.
aktualnie zapodaję sobie pink "feel good time" naprzemiennie z "debra" becka - i już boję się co będzie dalej. chyba pora otworzyć białe wino, które czeka grzecznie na wypicie od dwóch tygodni. aha no i przydałoby się włosy rozczesać bo od tego machania nieco się... ten.
sobota, 5 lutego 2011
NA AMORA
Siekło mnie solidnie. Tak jak od dłuższego już czasu chwaliłam się, jaka to ja jestem odporna i że wcale się nie przeziębiam, tak teraz mnie siekło. Podstępnie, złośliwie, z dwukrotną siłą, w stylu: pokażę Ci dziewczyno gdzie sobie wsadzisz to dobre samopoczucie. Zdecydowanie ostatnimi czasy było mi za fajnie. Więc grypa, w rzeczy samej. Zapomniałam już jak to jest, aż wczoraj, w dniu krytycznym, byłam bliska łez. Każda część ciała wydawała się opuchnięta, boląca, i sącząca jakąś wydzielinę.
To co teraz napiszę będzie tak klasyczne, i tak niepodobne do "starej mnie" że aż śmieszne: dobrze, że jest ze mną B. Dba o mnie, chodzi do apteki, gotuje pyszne posiłki, podaje mi orzeszki prosto do pyska i nie boi się zarazków. Miód-malina. Piszę o tym, bo mimo że cały świat wie, że to jest klasyczne, i że facet, z którym się jest w (udanym) związku od 2,5 roku, "raczej" robi takie rzeczy. A przecież skąd ja to miałam wiedzieć, nigdy nie miałam nikogo tak długo poza B. i z gruntu raczej uważam facetów za wredne egoistyczne świnie (próbując w ten sposób zrzucić winę na kogoś poza mną samą za moje kompleksy). A tu niespodzianka :) Schemat do którego się przyzwyczaiłam to taki, że to kobieta się poświęca, a niedostępnego, odległego faceta trzeba o wszystko prosić. I że kiedy kobieta ma problem, to musi sobie radzić sama. Przepraszam za naiwny ton nielicznych czytelników, ale wierzcie mi - w takim przekonaniu wyrosłam.
Trudno się dziwić że wciąż jestem nieufna, a potem przeżywam szok za szokiem. W tym szoku nie mogę wytrwać, i w końcu postanawiam napisać notkę na bloga, na czym cierpią czytelnicy, którzy pewnie chcieliby poczytać jakieś bardziej bystrzejsze teksty, tak jak to drzwiej bywało.
A może tylko mi się wydaje? Kompleksów niekończąca się wyliczanka. Będąc singlem pisałam o byciu singlem, wciąż się na tym skupiając, zakochując co 5 minut w kimś innym (i jak zwykle bez wzajemności), a potem znów wypisywałam udręki bycia singlem. Kiedy teraz jestem w stałym związku, czuję się niejako nie fair wobec starych czytelników, kiedy piszę o tym. No bo jak to - gdzie ten cały mój pieczołowicie tworzony przez lata wizerunek? Runął w gruzy. Zrobiło się nudno, ciepło, swojsko. Dobrze chociaż, że mieszkam za granicą i wykonuję niecodzienne zawody, bo jest nadzieja. Tak poza tym to tylko miód-malina i nic więcej. Tragedia.
Całe to paplanie przysłoniło parę ważnych spraw. Po pierwsze, dnia piątego lutego mam imieniny. Wszelkie takie dni obchodzę z egocentryczną radością, lubię się w nich pławić, dostawać życzenia, niespodzianki, cuda wianki. I jak zwykle życie robi mi psikusa bo w kraju na T. o imieninach nie słyszeli. A nawet jeśli ich uświadomię, to nikt mnie nawet na piwo nie zabierze, bo jestem chora. Pieprzona złośliwość losu :)
Po drugie, dnia pierwszego lutego napisałam do dotychczasowej firmy i zrezygnowałam z dalszej współpracy. Spodziewałam się darcia szat i propozycji, bym jednak to przemyślała. Naiwniaczka. Życzono mi powodzenia i wysłano na drzewo. Cóż, tym lepiej że odeszłam. Przede mną szerokie i głębokie wody trzeciej już w moim życiorysie (ale mam nadzieję pierwszej świadomej i udanej) działalności gospodarczej. Nowy zawód, kompletna niezależność, a jednocześnie ścisłe powiązanie z B. Dzyń dzyń! Wchodzimy w jakże uroczą erę pod tytułem: pracuję z moim chłopakiem. Na szczęście to nie dlatego, że ojej, tak strasznie się kochamy i nie możemy rozstać. Raczej ja uważam, że ma łeb na karku (pytacie dlaczego? Bo jest inteligentny i słucha tego co mam do powiedzenia :)), a on uważa, że ja mam potencjał (a to łechce moje jak zawsze niedopieszczone ego). Uważa, ba, jest pewien, że razem zawojujemy ten biznes i zarobimy kupę kasy. Skoro tak... dziwicie się, że zmieniłam pracę?
Tym bardziej że miałam już serdecznie dość poprzedniej i chciałam jakiejś odmiany.
No to ją mam. Dzyń dzyń!
Ah, jak ja lubię takie samotne poranki przy blogach. Przypominają mi stare dobre czasy pojedynczego mieszkania i funkcjonowania. Z racji choroby nie mogłam już dłużej spać, przyjęłam wszystkie wspaniałe napary, płukanki i lekarstwa, i do kompa. Tym razem jest fajnie, bo wystarczy pstryknąć palcami i nie ma już samotności. Facet jako moje totalne przeciwieństwo nie może zrozumieć, że można lubić i celebrować bycie samemu, ale chyba się po prostu przyzwyczaił. Czasami się zastanawiam jakie to jest zabawne, że akurat my jesteśmy parą. Zawsze potargana, lekko pokręcona (a może mocniej niż lżej) neurotyczka, zaprzysięgła samotniczka, uważająca, że nie potrafiłaby się porozumieć w innym języku niż polski (w sensie związku). I on, pewny siebie, nawet zarozumiały, elegancik, obcokrajowiec z kraju na T., a więc kompletnie nie polskojęzyczny, też w jakimś stopniu jednak niezależny. Być może, kurcze, ta niezależność nas połączyła. To że nie wieszamy się na sobie tak, jakbyśmy nic poza tym w życiu nie mieli.
Jak zwykle się rozpisałam a już po dwunastej. Pora na pstryknięcie palcami i powrót do świata typu double.
To co teraz napiszę będzie tak klasyczne, i tak niepodobne do "starej mnie" że aż śmieszne: dobrze, że jest ze mną B. Dba o mnie, chodzi do apteki, gotuje pyszne posiłki, podaje mi orzeszki prosto do pyska i nie boi się zarazków. Miód-malina. Piszę o tym, bo mimo że cały świat wie, że to jest klasyczne, i że facet, z którym się jest w (udanym) związku od 2,5 roku, "raczej" robi takie rzeczy. A przecież skąd ja to miałam wiedzieć, nigdy nie miałam nikogo tak długo poza B. i z gruntu raczej uważam facetów za wredne egoistyczne świnie (próbując w ten sposób zrzucić winę na kogoś poza mną samą za moje kompleksy). A tu niespodzianka :) Schemat do którego się przyzwyczaiłam to taki, że to kobieta się poświęca, a niedostępnego, odległego faceta trzeba o wszystko prosić. I że kiedy kobieta ma problem, to musi sobie radzić sama. Przepraszam za naiwny ton nielicznych czytelników, ale wierzcie mi - w takim przekonaniu wyrosłam.
Trudno się dziwić że wciąż jestem nieufna, a potem przeżywam szok za szokiem. W tym szoku nie mogę wytrwać, i w końcu postanawiam napisać notkę na bloga, na czym cierpią czytelnicy, którzy pewnie chcieliby poczytać jakieś bardziej bystrzejsze teksty, tak jak to drzwiej bywało.
A może tylko mi się wydaje? Kompleksów niekończąca się wyliczanka. Będąc singlem pisałam o byciu singlem, wciąż się na tym skupiając, zakochując co 5 minut w kimś innym (i jak zwykle bez wzajemności), a potem znów wypisywałam udręki bycia singlem. Kiedy teraz jestem w stałym związku, czuję się niejako nie fair wobec starych czytelników, kiedy piszę o tym. No bo jak to - gdzie ten cały mój pieczołowicie tworzony przez lata wizerunek? Runął w gruzy. Zrobiło się nudno, ciepło, swojsko. Dobrze chociaż, że mieszkam za granicą i wykonuję niecodzienne zawody, bo jest nadzieja. Tak poza tym to tylko miód-malina i nic więcej. Tragedia.
Całe to paplanie przysłoniło parę ważnych spraw. Po pierwsze, dnia piątego lutego mam imieniny. Wszelkie takie dni obchodzę z egocentryczną radością, lubię się w nich pławić, dostawać życzenia, niespodzianki, cuda wianki. I jak zwykle życie robi mi psikusa bo w kraju na T. o imieninach nie słyszeli. A nawet jeśli ich uświadomię, to nikt mnie nawet na piwo nie zabierze, bo jestem chora. Pieprzona złośliwość losu :)
Po drugie, dnia pierwszego lutego napisałam do dotychczasowej firmy i zrezygnowałam z dalszej współpracy. Spodziewałam się darcia szat i propozycji, bym jednak to przemyślała. Naiwniaczka. Życzono mi powodzenia i wysłano na drzewo. Cóż, tym lepiej że odeszłam. Przede mną szerokie i głębokie wody trzeciej już w moim życiorysie (ale mam nadzieję pierwszej świadomej i udanej) działalności gospodarczej. Nowy zawód, kompletna niezależność, a jednocześnie ścisłe powiązanie z B. Dzyń dzyń! Wchodzimy w jakże uroczą erę pod tytułem: pracuję z moim chłopakiem. Na szczęście to nie dlatego, że ojej, tak strasznie się kochamy i nie możemy rozstać. Raczej ja uważam, że ma łeb na karku (pytacie dlaczego? Bo jest inteligentny i słucha tego co mam do powiedzenia :)), a on uważa, że ja mam potencjał (a to łechce moje jak zawsze niedopieszczone ego). Uważa, ba, jest pewien, że razem zawojujemy ten biznes i zarobimy kupę kasy. Skoro tak... dziwicie się, że zmieniłam pracę?
Tym bardziej że miałam już serdecznie dość poprzedniej i chciałam jakiejś odmiany.
No to ją mam. Dzyń dzyń!
Ah, jak ja lubię takie samotne poranki przy blogach. Przypominają mi stare dobre czasy pojedynczego mieszkania i funkcjonowania. Z racji choroby nie mogłam już dłużej spać, przyjęłam wszystkie wspaniałe napary, płukanki i lekarstwa, i do kompa. Tym razem jest fajnie, bo wystarczy pstryknąć palcami i nie ma już samotności. Facet jako moje totalne przeciwieństwo nie może zrozumieć, że można lubić i celebrować bycie samemu, ale chyba się po prostu przyzwyczaił. Czasami się zastanawiam jakie to jest zabawne, że akurat my jesteśmy parą. Zawsze potargana, lekko pokręcona (a może mocniej niż lżej) neurotyczka, zaprzysięgła samotniczka, uważająca, że nie potrafiłaby się porozumieć w innym języku niż polski (w sensie związku). I on, pewny siebie, nawet zarozumiały, elegancik, obcokrajowiec z kraju na T., a więc kompletnie nie polskojęzyczny, też w jakimś stopniu jednak niezależny. Być może, kurcze, ta niezależność nas połączyła. To że nie wieszamy się na sobie tak, jakbyśmy nic poza tym w życiu nie mieli.
Jak zwykle się rozpisałam a już po dwunastej. Pora na pstryknięcie palcami i powrót do świata typu double.
czwartek, 20 stycznia 2011
NOWYM KROKIEM
No i proszę. Wystarczy zwerbalizować problemy by się rozwiązały. Po zauważeniu braku natchnienia minęło parę dni i buch - Sylwester. A Sylwester jaki był, to aż się opisać nie da. Pierwszy taki dobry od paru lat. Jak co roku przebierany, ale pierwszy raz bez noworocznej doliny. Ze świetną zabawą i znakomitymi ludźmi. I tradycyjnie w moim przypadku - bez kaca chociaż z pozytywną lutką.
I zaraz potem... bang bang!
Mobilizacja i kończenie książki. Czasem się warto ponieść tej zwodniczej fali pod tytułem "Nowy Rok". Nie wystarczy na długo, ale wystarczy.
I oto tydzień-półtora po pierwszych rozesłaniach do wydawnictw jest konkretna odpowiedź: TAK, podoba nam się i chcemy ją wydać.
Ojezusie. A więc jednak marzenia się spełniają.
To raz. Dwa, to napięcie związane z pracą, tak ogólnie. Bo przecież rzucam swój poprzedni zawód, nie wiem czy pisałam, ale chyba nie, bo nawet przed sobą samą wstydziłam się przyznać. Ale cóż - pora na nowe wyzwania i szersze horyzonty. Hurra.
Trzy, to wczorajszy ledwo co zażegnany kryzys z życiem za granicą. Że w Polsce jest tak fajnie (te trzy tygodnie były po prostu znakomite, takie swojskie, takie dobre. Nie chciałam wyjeżdżać). Że mi się w ogóle tu w kraju na T. nie podoba, i że wszystko jest bez sensu, w takt klasycznego PMSa. Wkurzanie się na faceta, że jest taki, i że mógłby być inny, albo właściwie że najlepiej byłoby mi samej (ta myśl mnie często prześladuje, i nie wiem czy kiedyś przestanie). Ale potem jakoś się rozlazło po kościach, bo jednak chyba facet coś zrozumiał. I w sumie dobrze, bo już byłam gotowa z nim zrywać (bez większego powodu dodajmy).
Także wszystko nieważne, i ten zagadkowy palący ból w prawej łydce nieważny. Póki co jest nowy rok i nowy skok. I fruuuu. Zaczęło się bosko.
I zaraz potem... bang bang!
Mobilizacja i kończenie książki. Czasem się warto ponieść tej zwodniczej fali pod tytułem "Nowy Rok". Nie wystarczy na długo, ale wystarczy.
I oto tydzień-półtora po pierwszych rozesłaniach do wydawnictw jest konkretna odpowiedź: TAK, podoba nam się i chcemy ją wydać.
Ojezusie. A więc jednak marzenia się spełniają.
To raz. Dwa, to napięcie związane z pracą, tak ogólnie. Bo przecież rzucam swój poprzedni zawód, nie wiem czy pisałam, ale chyba nie, bo nawet przed sobą samą wstydziłam się przyznać. Ale cóż - pora na nowe wyzwania i szersze horyzonty. Hurra.
Trzy, to wczorajszy ledwo co zażegnany kryzys z życiem za granicą. Że w Polsce jest tak fajnie (te trzy tygodnie były po prostu znakomite, takie swojskie, takie dobre. Nie chciałam wyjeżdżać). Że mi się w ogóle tu w kraju na T. nie podoba, i że wszystko jest bez sensu, w takt klasycznego PMSa. Wkurzanie się na faceta, że jest taki, i że mógłby być inny, albo właściwie że najlepiej byłoby mi samej (ta myśl mnie często prześladuje, i nie wiem czy kiedyś przestanie). Ale potem jakoś się rozlazło po kościach, bo jednak chyba facet coś zrozumiał. I w sumie dobrze, bo już byłam gotowa z nim zrywać (bez większego powodu dodajmy).
Także wszystko nieważne, i ten zagadkowy palący ból w prawej łydce nieważny. Póki co jest nowy rok i nowy skok. I fruuuu. Zaczęło się bosko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)