Siekło mnie solidnie. Tak jak od dłuższego już czasu chwaliłam się, jaka to ja jestem odporna i że wcale się nie przeziębiam, tak teraz mnie siekło. Podstępnie, złośliwie, z dwukrotną siłą, w stylu: pokażę Ci dziewczyno gdzie sobie wsadzisz to dobre samopoczucie. Zdecydowanie ostatnimi czasy było mi za fajnie. Więc grypa, w rzeczy samej. Zapomniałam już jak to jest, aż wczoraj, w dniu krytycznym, byłam bliska łez. Każda część ciała wydawała się opuchnięta, boląca, i sącząca jakąś wydzielinę.
To co teraz napiszę będzie tak klasyczne, i tak niepodobne do "starej mnie" że aż śmieszne: dobrze, że jest ze mną B. Dba o mnie, chodzi do apteki, gotuje pyszne posiłki, podaje mi orzeszki prosto do pyska i nie boi się zarazków. Miód-malina. Piszę o tym, bo mimo że cały świat wie, że to jest klasyczne, i że facet, z którym się jest w (udanym) związku od 2,5 roku, "raczej" robi takie rzeczy. A przecież skąd ja to miałam wiedzieć, nigdy nie miałam nikogo tak długo poza B. i z gruntu raczej uważam facetów za wredne egoistyczne świnie (próbując w ten sposób zrzucić winę na kogoś poza mną samą za moje kompleksy). A tu niespodzianka :) Schemat do którego się przyzwyczaiłam to taki, że to kobieta się poświęca, a niedostępnego, odległego faceta trzeba o wszystko prosić. I że kiedy kobieta ma problem, to musi sobie radzić sama. Przepraszam za naiwny ton nielicznych czytelników, ale wierzcie mi - w takim przekonaniu wyrosłam.
Trudno się dziwić że wciąż jestem nieufna, a potem przeżywam szok za szokiem. W tym szoku nie mogę wytrwać, i w końcu postanawiam napisać notkę na bloga, na czym cierpią czytelnicy, którzy pewnie chcieliby poczytać jakieś bardziej bystrzejsze teksty, tak jak to drzwiej bywało.
A może tylko mi się wydaje? Kompleksów niekończąca się wyliczanka. Będąc singlem pisałam o byciu singlem, wciąż się na tym skupiając, zakochując co 5 minut w kimś innym (i jak zwykle bez wzajemności), a potem znów wypisywałam udręki bycia singlem. Kiedy teraz jestem w stałym związku, czuję się niejako nie fair wobec starych czytelników, kiedy piszę o tym. No bo jak to - gdzie ten cały mój pieczołowicie tworzony przez lata wizerunek? Runął w gruzy. Zrobiło się nudno, ciepło, swojsko. Dobrze chociaż, że mieszkam za granicą i wykonuję niecodzienne zawody, bo jest nadzieja. Tak poza tym to tylko miód-malina i nic więcej. Tragedia.
Całe to paplanie przysłoniło parę ważnych spraw. Po pierwsze, dnia piątego lutego mam imieniny. Wszelkie takie dni obchodzę z egocentryczną radością, lubię się w nich pławić, dostawać życzenia, niespodzianki, cuda wianki. I jak zwykle życie robi mi psikusa bo w kraju na T. o imieninach nie słyszeli. A nawet jeśli ich uświadomię, to nikt mnie nawet na piwo nie zabierze, bo jestem chora. Pieprzona złośliwość losu :)
Po drugie, dnia pierwszego lutego napisałam do dotychczasowej firmy i zrezygnowałam z dalszej współpracy. Spodziewałam się darcia szat i propozycji, bym jednak to przemyślała. Naiwniaczka. Życzono mi powodzenia i wysłano na drzewo. Cóż, tym lepiej że odeszłam. Przede mną szerokie i głębokie wody trzeciej już w moim życiorysie (ale mam nadzieję pierwszej świadomej i udanej) działalności gospodarczej. Nowy zawód, kompletna niezależność, a jednocześnie ścisłe powiązanie z B. Dzyń dzyń! Wchodzimy w jakże uroczą erę pod tytułem: pracuję z moim chłopakiem. Na szczęście to nie dlatego, że ojej, tak strasznie się kochamy i nie możemy rozstać. Raczej ja uważam, że ma łeb na karku (pytacie dlaczego? Bo jest inteligentny i słucha tego co mam do powiedzenia :)), a on uważa, że ja mam potencjał (a to łechce moje jak zawsze niedopieszczone ego). Uważa, ba, jest pewien, że razem zawojujemy ten biznes i zarobimy kupę kasy. Skoro tak... dziwicie się, że zmieniłam pracę?
Tym bardziej że miałam już serdecznie dość poprzedniej i chciałam jakiejś odmiany.
No to ją mam. Dzyń dzyń!
Ah, jak ja lubię takie samotne poranki przy blogach. Przypominają mi stare dobre czasy pojedynczego mieszkania i funkcjonowania. Z racji choroby nie mogłam już dłużej spać, przyjęłam wszystkie wspaniałe napary, płukanki i lekarstwa, i do kompa. Tym razem jest fajnie, bo wystarczy pstryknąć palcami i nie ma już samotności. Facet jako moje totalne przeciwieństwo nie może zrozumieć, że można lubić i celebrować bycie samemu, ale chyba się po prostu przyzwyczaił. Czasami się zastanawiam jakie to jest zabawne, że akurat my jesteśmy parą. Zawsze potargana, lekko pokręcona (a może mocniej niż lżej) neurotyczka, zaprzysięgła samotniczka, uważająca, że nie potrafiłaby się porozumieć w innym języku niż polski (w sensie związku). I on, pewny siebie, nawet zarozumiały, elegancik, obcokrajowiec z kraju na T., a więc kompletnie nie polskojęzyczny, też w jakimś stopniu jednak niezależny. Być może, kurcze, ta niezależność nas połączyła. To że nie wieszamy się na sobie tak, jakbyśmy nic poza tym w życiu nie mieli.
Jak zwykle się rozpisałam a już po dwunastej. Pora na pstryknięcie palcami i powrót do świata typu double.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz