Bo w przyrodzie to nie tylko, że nic nie ginie ale i ciągłość musi być.
Nie może być tak, że coś się kończy w punkcie B i zaczyna się jako nowe, zmienione T. Nikt Ci w to nie uwierzy. Po B musi być C, D, i tak dalej.
Aby zachować więc ciągłość po make-up.blog.pl było www.spomiedzy.blogspot.com a potem nagle było wyrosło jak spod ziemii bez żadnego niby-łącznika, www.arasindan.blogspot.com które zamierzam kontynuować. I nie ma że boli.
Także, rzekła grzebiąc wolną nogą w ziemi i pisząc obcasem esy floresy, ten teges. No. Jak by kto tu wpadł i sobie przypomniał że była kiedyś make-up to ten, zapraszam. To nadal ja choć piszę nieporównywalnie gorzej :)
Spomiedzy
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
poniedziałek, 3 grudnia 2012
sobota, 7 stycznia 2012
A DZIEŃ DOBRY
Już kompletnie zapomniałam o tym blogu, i nagle w skrzynce powiadomienie. Ktoś dodał komentarz pod ostatnią notką. Ostatnią notką? Lipiec 2011?
No ładnie.
Czy można wyrosnąć z pisania bloga? Bo że z pisania nie wyrosłam, tego jestem pewna. Wciąż tak samo egocentrycznie, rozlaźle, niekonkretnie, ale piszę. I pisać będę, bo jak to określiłam podczas którychś z kolejnych moich 18-tych urodzin, jestem pisaniem.
No i jest. Nie wiedzieć kiedy jest moja książka. Jest w Empiku (czasami tylko jedna sztuka, ale jest). No może nie tylko moja, bo w końcu napisałam ją pół na pół z A. Ale liczy się do dorobku. W pełni zasłużyłam sobie na nią, zapracowałam, wraz z A. właśnie, mimo że tyle razy już odpuszczałyśmy.
Mam też już za sobą pierwsze spotkanie autorskie (beznadziejne ze strony organizacyjnej, ale miłe od strony takiej... ludzkiej). Za tydzień będę po kolejnych trzech, i przed jeszcze jednym.
No ładnie. Narobiło się.
W związku z tym, i tym, że zmieniłam pracę, przeszłam na swoje, że otworzyłam firmę wraz z facetem, choć zawsze mi się wydawało, że to fatalny pomysł, w związku z tym, że nawet trochę udało mi się zarobić (więcej niż dotychczas), uważam że rok 2011 można zaliczyć do naprawdę DOBRYCH.
A że jest to drugi rok od skończenia trzydziestki (to znaczy pierwszy, zależy jak liczyć... khe khe), to myślę, że ogólnie trzydziestka jest fajna.
Sama nawet czuję się lepiej. Tak ze sobą. Co prawda mam wrażenie, że z roku na rok robię się coraz wredniejsza, coraz pewna siebie, coraz bardzej pyskata, coraz bardziej niezależna i przemądrzała, co na pewno osiągnie apogeum w wieku emerytalnym (a, to ja będę w wieku emerytalnym? przecież nie odkładam nawet na emeryturę). Ale, do jasnej, cholery, tak mi z tymi cechami dobrze! Wreszcie czuję się swobodnie, mogę gadać z kim chcę, robić co chcę, czuję się tak przyjemnie WOLNA!
Pewnie dlatego nie chce mi się pisać na blogu. Jednak tamten blog to już prawie praca, więc do niego się mobilizuję. Kreuję swój publiczny profil, staram się, kombinuję, tak żeby było jednocześnie po mojemu, a spójnie z pracą, żeby ludzie byli po mojej stronie, co przełoży się na biznes, na zadowolenie z życia, na popularność w pozytywnym słowa znaczeniu. I sprawia mi to przyjemność. Miło być lubianą, choć ma to swoje minusy. Ale o tym kiedy indziej.
W każdym razie, o czym to ja... dlatego już nie chce mi się pisać tutaj. To znaczy chce, ale czuję, że nie mam o czym pisać. W końcu wszystko dobrze się układa, więc po co? Stany pozytywne nie są atrakcyjne do czytania, raczej. A o swoim byciu za granicą i zmienianiu stanów świadomości powinnam pisać drugą książkę.
Ale... może zamienię tego bloga na FOTO bloga? Oto moja nowa pasja. Niektórych jara nowa para butów, a mnie jara nowy obiektyw. Oj, jaki on jest fajny. I niedrogi! Tym bardziej cieszy!
Tym bardziej że mam problem z samodyscypliną. Jak widać. I oddzielaniem ziarna od plew. Dobrych zdjęć od złych. Sorry, w tym wieku to już powinnam to umieć.
To raz.
A dwa. Robię teraz porządki. Zawsze jak jestem w Polsce. Doprowadziło to do wymyślenia nowej idei facebookowej z której jestem bardzo dumna. Widzę że mam jakieś tendencje w kierunku działań społecznych oddolnych, nieformalnych. Oh, ale mnie to kręci. I sama mam swoje własne działanie.
No i pozbyłam się tym sposobem rozmaitych gratów z domu, czuję się jakby lżej. Ale to dopiero początek. Idę w kierunku coraz mniej i mniej. Coraz więcej w głowie, w myślach, wrażeniach, i coraz mniej w rzeczach. Co nie jest łatwe, jak się choruje na zakupoholizm. Ale poradzę sobie z tym. Już sobie radzę jakoś.
I tak sobie czas leci. Pewnie tu wrócę za jakiś czas z fotoblogiem. To będzie mój kolejny etap porządkowania. Trzeba bowiem poukładać swój wirtual. Real jest w porządku już.
No ładnie.
Czy można wyrosnąć z pisania bloga? Bo że z pisania nie wyrosłam, tego jestem pewna. Wciąż tak samo egocentrycznie, rozlaźle, niekonkretnie, ale piszę. I pisać będę, bo jak to określiłam podczas którychś z kolejnych moich 18-tych urodzin, jestem pisaniem.
No i jest. Nie wiedzieć kiedy jest moja książka. Jest w Empiku (czasami tylko jedna sztuka, ale jest). No może nie tylko moja, bo w końcu napisałam ją pół na pół z A. Ale liczy się do dorobku. W pełni zasłużyłam sobie na nią, zapracowałam, wraz z A. właśnie, mimo że tyle razy już odpuszczałyśmy.
Mam też już za sobą pierwsze spotkanie autorskie (beznadziejne ze strony organizacyjnej, ale miłe od strony takiej... ludzkiej). Za tydzień będę po kolejnych trzech, i przed jeszcze jednym.
No ładnie. Narobiło się.
W związku z tym, i tym, że zmieniłam pracę, przeszłam na swoje, że otworzyłam firmę wraz z facetem, choć zawsze mi się wydawało, że to fatalny pomysł, w związku z tym, że nawet trochę udało mi się zarobić (więcej niż dotychczas), uważam że rok 2011 można zaliczyć do naprawdę DOBRYCH.
A że jest to drugi rok od skończenia trzydziestki (to znaczy pierwszy, zależy jak liczyć... khe khe), to myślę, że ogólnie trzydziestka jest fajna.
Sama nawet czuję się lepiej. Tak ze sobą. Co prawda mam wrażenie, że z roku na rok robię się coraz wredniejsza, coraz pewna siebie, coraz bardzej pyskata, coraz bardziej niezależna i przemądrzała, co na pewno osiągnie apogeum w wieku emerytalnym (a, to ja będę w wieku emerytalnym? przecież nie odkładam nawet na emeryturę). Ale, do jasnej, cholery, tak mi z tymi cechami dobrze! Wreszcie czuję się swobodnie, mogę gadać z kim chcę, robić co chcę, czuję się tak przyjemnie WOLNA!
Pewnie dlatego nie chce mi się pisać na blogu. Jednak tamten blog to już prawie praca, więc do niego się mobilizuję. Kreuję swój publiczny profil, staram się, kombinuję, tak żeby było jednocześnie po mojemu, a spójnie z pracą, żeby ludzie byli po mojej stronie, co przełoży się na biznes, na zadowolenie z życia, na popularność w pozytywnym słowa znaczeniu. I sprawia mi to przyjemność. Miło być lubianą, choć ma to swoje minusy. Ale o tym kiedy indziej.
W każdym razie, o czym to ja... dlatego już nie chce mi się pisać tutaj. To znaczy chce, ale czuję, że nie mam o czym pisać. W końcu wszystko dobrze się układa, więc po co? Stany pozytywne nie są atrakcyjne do czytania, raczej. A o swoim byciu za granicą i zmienianiu stanów świadomości powinnam pisać drugą książkę.
Ale... może zamienię tego bloga na FOTO bloga? Oto moja nowa pasja. Niektórych jara nowa para butów, a mnie jara nowy obiektyw. Oj, jaki on jest fajny. I niedrogi! Tym bardziej cieszy!
Tym bardziej że mam problem z samodyscypliną. Jak widać. I oddzielaniem ziarna od plew. Dobrych zdjęć od złych. Sorry, w tym wieku to już powinnam to umieć.
To raz.
A dwa. Robię teraz porządki. Zawsze jak jestem w Polsce. Doprowadziło to do wymyślenia nowej idei facebookowej z której jestem bardzo dumna. Widzę że mam jakieś tendencje w kierunku działań społecznych oddolnych, nieformalnych. Oh, ale mnie to kręci. I sama mam swoje własne działanie.
No i pozbyłam się tym sposobem rozmaitych gratów z domu, czuję się jakby lżej. Ale to dopiero początek. Idę w kierunku coraz mniej i mniej. Coraz więcej w głowie, w myślach, wrażeniach, i coraz mniej w rzeczach. Co nie jest łatwe, jak się choruje na zakupoholizm. Ale poradzę sobie z tym. Już sobie radzę jakoś.
I tak sobie czas leci. Pewnie tu wrócę za jakiś czas z fotoblogiem. To będzie mój kolejny etap porządkowania. Trzeba bowiem poukładać swój wirtual. Real jest w porządku już.
sobota, 30 lipca 2011
a dzis
czasami mi sie wydaje, ze nigdy sie nie przystosuje do zycia tutaj. wciaz trzeba sie adaptowac, dopasowywac, bo jak nie, to dziwnie na ciebie patrza. nie, zeby ktos zle na mnie reagowal, przeciwnie, fajni sa i przyzwoici ludzie. wbrew pozorom duzo bardziej otwarci niz tak zwana "socjeta". ale mimo wszystko... czasami nie wiem czy mam sile, za bardzo sie stresuje, mysle, czy dobrze wypadlam, czy nie strzelilam gafy, i zamartwiam sie, co to oni sobie o mnie mysla.
poza tym lubie, wciaz, nieuleczalnie, chodzic wlasnymi drogami. i nic na to nie poradze - naprawde to sprawia mi najwiecej frajdy.
to moze oznaczac, ze moja przygoda tutaj w ktoryms momencie sie skonczy. jestem do tego nastawiona neutralnie; przynajmniej probowalam, przynajmniej nie bede nigdy niczego zalowac patrzac wstecz.
mam zajebiste zycie, naprawde.
czasami tylko mi sie wydaje ze samotnosc jest dla mnie najwlasciwsza droga.
nie chce, zeby to byla samospelniajaca sie przepowiednia, no ale.
poza tym lubie, wciaz, nieuleczalnie, chodzic wlasnymi drogami. i nic na to nie poradze - naprawde to sprawia mi najwiecej frajdy.
to moze oznaczac, ze moja przygoda tutaj w ktoryms momencie sie skonczy. jestem do tego nastawiona neutralnie; przynajmniej probowalam, przynajmniej nie bede nigdy niczego zalowac patrzac wstecz.
mam zajebiste zycie, naprawde.
czasami tylko mi sie wydaje ze samotnosc jest dla mnie najwlasciwsza droga.
nie chce, zeby to byla samospelniajaca sie przepowiednia, no ale.
środa, 27 lipca 2011
ksiazka
A tak poza tym to wydalam ksiazke. Nie wiem czy wiecie. Nie wiem czy w ogole tu jestescie - w koncu tak dawno nie pisalam. Nie mialam glowy, sily, czasu.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
kolezanki
Z racji mieszkania za granica status i ilosc moich najblizszych przyjaciol i przyjaciolek nie zmienia sie. Po pierwszych wahaniach wszystko przebiega po staremu. Zawsze w najwiekszych problemach i w najmniejszych bzdurkach biegne do tych samych osob (nawet wirtualnie) i wiem, ze one moga przybiec do mnie (mam nadzieje ze zdaja sobie z tego sprawe). W tej sytuacji tu na miejscu w kraju na T. czuje sie czasami samotnie w tej kwestii. Chcialoby sie po prostu wyjsc na piwo a nie ma z kim.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
wtorek, 17 maja 2011
nie wiem o co chodzi
kiedys bylam zakompleksiona, problemowa i niesmiala. nie mialam wlasnego zdania a jesli mialam, to nie chcialam go wyrazac po to, zeby a) nie psuc atmosfery b) nie wychylac sie.
teraz nabralam troche krzepy, i juz sie tak swiata nie boje. rownolegle z tym procesem zaczynam miec wlasne zdanie na rozne tematy; przy czym zauwazam, ze czasami to zdanie bywa oryginalne lub przynajmniej niecodzienne. ale mimo to wyrazam swoja opinie, starajac sie (niemalze obsesyjnie; cenna umiejetnosc zdobyta na studiach), nie oceniac. pozostac mimo wszystko na poziomie dystansu. nie wdawac sie w klotnie i dyskusje z furiatami, ktorzy o wszystkim wiedza najwiecej i zawsze maja racje.
ostatnio wciaz zbieram za to becki - nie wiadomo dlaczego nagle zaczeli pisac do mnie rozni ludzie, mniej lub bardziej mi znani, i pytac sie mnie o zdanie w rozmaitych sprawach lub tez komentowac to, co ja pisze. prawdopodobnie widmo ksiazki tak na nich dziala; przyciagam problemy jak swiatlo cmy. do tego wniosku dochodze, kiedy probuje dac jakis komentarz albo cokolwiek wyjasnic, a tu nic - betonowa sciana i tyle. pogladowy beton z ktorym nie da sie pogadac, i ktory pisze np. po to, zeby "sprowadzic mnie" na dobra droge lub "pokazac mi" ze nie jest tak jak mysle.
do jasnej cholery, ludzie.
normalnie bym sie nie przejela, to znaczy szybko by to po mnie splynelo, ale ostatnio takich zdarzen jest sporo. dlatego mysle ze to wina ksiazki. ogolnie wydawanie ksiazek wydawalo mi sie fajne i mile, ale chyba najlepiej bedzie zaczac wydawac pod pseudonimem, wtedy bede miala spokoj - na mailu, na facebooku i w zyciu.
teraz nabralam troche krzepy, i juz sie tak swiata nie boje. rownolegle z tym procesem zaczynam miec wlasne zdanie na rozne tematy; przy czym zauwazam, ze czasami to zdanie bywa oryginalne lub przynajmniej niecodzienne. ale mimo to wyrazam swoja opinie, starajac sie (niemalze obsesyjnie; cenna umiejetnosc zdobyta na studiach), nie oceniac. pozostac mimo wszystko na poziomie dystansu. nie wdawac sie w klotnie i dyskusje z furiatami, ktorzy o wszystkim wiedza najwiecej i zawsze maja racje.
ostatnio wciaz zbieram za to becki - nie wiadomo dlaczego nagle zaczeli pisac do mnie rozni ludzie, mniej lub bardziej mi znani, i pytac sie mnie o zdanie w rozmaitych sprawach lub tez komentowac to, co ja pisze. prawdopodobnie widmo ksiazki tak na nich dziala; przyciagam problemy jak swiatlo cmy. do tego wniosku dochodze, kiedy probuje dac jakis komentarz albo cokolwiek wyjasnic, a tu nic - betonowa sciana i tyle. pogladowy beton z ktorym nie da sie pogadac, i ktory pisze np. po to, zeby "sprowadzic mnie" na dobra droge lub "pokazac mi" ze nie jest tak jak mysle.
do jasnej cholery, ludzie.
normalnie bym sie nie przejela, to znaczy szybko by to po mnie splynelo, ale ostatnio takich zdarzen jest sporo. dlatego mysle ze to wina ksiazki. ogolnie wydawanie ksiazek wydawalo mi sie fajne i mile, ale chyba najlepiej bedzie zaczac wydawac pod pseudonimem, wtedy bede miala spokoj - na mailu, na facebooku i w zyciu.
sobota, 7 maja 2011
JA WIEM JAK TO JEST
jak sie nie pisze na blogu regularnie to potem nikt na niego nie zaglada. wiem, ze tak to jest i juz.
a ja az ciezko sie przyznac ale o blogu zapomnialam.
przez ostatnie tydzien-dwa, po prostu pracowalam jak dzika kuna. niesamowite, ze naprawde zmiana pracy to byl DOBRY POMYSL. abstrahujac od dupkow z ktorymi mam do czynienia, na szczescie nie bezposrednio, abstrahujac od rozmaitych utrudnien, problemow. dopiero co sezon sie zaczal, a ja wiem, ze bylo warto. znow czuje wiatr w zaglach, euforie, podniecenie, ze dzieje sie cos nowego a jednoczesnie znanego. ze to moja dotychczasowa praca ale w innej wersji.
no i ci cudowni chlopcy z ktorymi pracuje. B, jego najmlodszy brat - nasza cudna trojca. jest wesolo milo i przyjemnie. bezkonfliktowo, bo to w koncu rodzina. nie ma stresu. naprawde dobrze sie tu bawie i wszyscy ktorzy nas w biurze odwiedzaja.
jest w porzadku, naprawde. i oby tak dalej.
a ja az ciezko sie przyznac ale o blogu zapomnialam.
przez ostatnie tydzien-dwa, po prostu pracowalam jak dzika kuna. niesamowite, ze naprawde zmiana pracy to byl DOBRY POMYSL. abstrahujac od dupkow z ktorymi mam do czynienia, na szczescie nie bezposrednio, abstrahujac od rozmaitych utrudnien, problemow. dopiero co sezon sie zaczal, a ja wiem, ze bylo warto. znow czuje wiatr w zaglach, euforie, podniecenie, ze dzieje sie cos nowego a jednoczesnie znanego. ze to moja dotychczasowa praca ale w innej wersji.
no i ci cudowni chlopcy z ktorymi pracuje. B, jego najmlodszy brat - nasza cudna trojca. jest wesolo milo i przyjemnie. bezkonfliktowo, bo to w koncu rodzina. nie ma stresu. naprawde dobrze sie tu bawie i wszyscy ktorzy nas w biurze odwiedzaja.
jest w porzadku, naprawde. i oby tak dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)