kiedys bylam zakompleksiona, problemowa i niesmiala. nie mialam wlasnego zdania a jesli mialam, to nie chcialam go wyrazac po to, zeby a) nie psuc atmosfery b) nie wychylac sie.
teraz nabralam troche krzepy, i juz sie tak swiata nie boje. rownolegle z tym procesem zaczynam miec wlasne zdanie na rozne tematy; przy czym zauwazam, ze czasami to zdanie bywa oryginalne lub przynajmniej niecodzienne. ale mimo to wyrazam swoja opinie, starajac sie (niemalze obsesyjnie; cenna umiejetnosc zdobyta na studiach), nie oceniac. pozostac mimo wszystko na poziomie dystansu. nie wdawac sie w klotnie i dyskusje z furiatami, ktorzy o wszystkim wiedza najwiecej i zawsze maja racje.
ostatnio wciaz zbieram za to becki - nie wiadomo dlaczego nagle zaczeli pisac do mnie rozni ludzie, mniej lub bardziej mi znani, i pytac sie mnie o zdanie w rozmaitych sprawach lub tez komentowac to, co ja pisze. prawdopodobnie widmo ksiazki tak na nich dziala; przyciagam problemy jak swiatlo cmy. do tego wniosku dochodze, kiedy probuje dac jakis komentarz albo cokolwiek wyjasnic, a tu nic - betonowa sciana i tyle. pogladowy beton z ktorym nie da sie pogadac, i ktory pisze np. po to, zeby "sprowadzic mnie" na dobra droge lub "pokazac mi" ze nie jest tak jak mysle.
do jasnej cholery, ludzie.
normalnie bym sie nie przejela, to znaczy szybko by to po mnie splynelo, ale ostatnio takich zdarzen jest sporo. dlatego mysle ze to wina ksiazki. ogolnie wydawanie ksiazek wydawalo mi sie fajne i mile, ale chyba najlepiej bedzie zaczac wydawac pod pseudonimem, wtedy bede miala spokoj - na mailu, na facebooku i w zyciu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz