czasami mi sie wydaje, ze nigdy sie nie przystosuje do zycia tutaj. wciaz trzeba sie adaptowac, dopasowywac, bo jak nie, to dziwnie na ciebie patrza. nie, zeby ktos zle na mnie reagowal, przeciwnie, fajni sa i przyzwoici ludzie. wbrew pozorom duzo bardziej otwarci niz tak zwana "socjeta". ale mimo wszystko... czasami nie wiem czy mam sile, za bardzo sie stresuje, mysle, czy dobrze wypadlam, czy nie strzelilam gafy, i zamartwiam sie, co to oni sobie o mnie mysla.
poza tym lubie, wciaz, nieuleczalnie, chodzic wlasnymi drogami. i nic na to nie poradze - naprawde to sprawia mi najwiecej frajdy.
to moze oznaczac, ze moja przygoda tutaj w ktoryms momencie sie skonczy. jestem do tego nastawiona neutralnie; przynajmniej probowalam, przynajmniej nie bede nigdy niczego zalowac patrzac wstecz.
mam zajebiste zycie, naprawde.
czasami tylko mi sie wydaje ze samotnosc jest dla mnie najwlasciwsza droga.
nie chce, zeby to byla samospelniajaca sie przepowiednia, no ale.
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
sobota, 30 lipca 2011
środa, 27 lipca 2011
ksiazka
A tak poza tym to wydalam ksiazke. Nie wiem czy wiecie. Nie wiem czy w ogole tu jestescie - w koncu tak dawno nie pisalam. Nie mialam glowy, sily, czasu.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
Wydalam ksiazke w Polsce, wiec jeszcze jej nie czytalam - bo jestem tu. Wydawca wyslal mi troche egzemplarzy, zebym mogla sprzedawac na miejscu - bo jednak ksiazka opowiada o kraju na T. ,w ktorym teraz sie znajduje. A moi klienci pytaja.
No i fajnie jest, bo to tak, jakby po 2-letniej ciazy poczetej wraz z inna kobieta narodzilo sie pierwsze dziecko. Najwyrazniej moje zanikle instynkty macierzynskie wole realizowac wlasnie w takiej formie.
I teraz mam pielgrzymki ludzi po autograf. Pani z radia chce zrobic z nami wywiad. Ladnie sie podpisywac jeszcze nie nauczylam. Nie przyzwyczailam sie tez do tego, ze "srodowisko" tutejsze zna mnie z tamtego bloga i ksiazki, i ze powinnam troche bardziej reprezentacyjnie wygladac. A ja to potargana, spocona, w starych okularach - niewylansowana, normalna, zwyczajna, klasyczna ja.
Generalnie rzecz biorac zachowuje sie, jakbym miala wszystko w dupie, a tak nie jest. Tylko ze nie potrafie sie nagle przestawic na inne myslenie. Za bardzo przyzwyczailam sie do wygody.
Chociaz sa jakies zmiany: wywalilam 2 reklamowki ubran (to jest przekazalam dla potrzebujacych), kupilam kilka nowych, a po sezonie planuje laserowa korekte wzroku. Krotko rzecz ujmujac - to i tak rewolucja. Albo raczej ewolucja - postepuje powoli, ale postepuje.
I moze kiedys bede wreszcie wygladac jak czlowiek, a nie jak typowa autorka ksiazki, blogowiczka, kulturoznawca.
kolezanki
Z racji mieszkania za granica status i ilosc moich najblizszych przyjaciol i przyjaciolek nie zmienia sie. Po pierwszych wahaniach wszystko przebiega po staremu. Zawsze w najwiekszych problemach i w najmniejszych bzdurkach biegne do tych samych osob (nawet wirtualnie) i wiem, ze one moga przybiec do mnie (mam nadzieje ze zdaja sobie z tego sprawe). W tej sytuacji tu na miejscu w kraju na T. czuje sie czasami samotnie w tej kwestii. Chcialoby sie po prostu wyjsc na piwo a nie ma z kim.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
Ale.
Zauwazylam pewna tendencje; przyczepiaja sie do mnie kolezanki, satelitki. Raz jako efekt jakiegos przypadku, i potem staje sie nieodlaczna. Powierza mi swoje sekrety, prosi mnie o rade; na ogol jest mlodsza o pare lat i poczatkujaca w branzy. Ja ta dziewczyne otaczam opieka, mimo trzymania na dystans, jak to mam w zwyczaju, ona uparcie sie do mnie przywiazuje. Tlumacze jej kulturowe zawilosci, ba, nawet daje jej prace, w koncu ona szuka pracy - i tak sobie egzystujemy. Ja mam namiastke przyjaciolki, ktorej moge troche pobreczec jak mam ochote, ale nigdy nie mam do niej pelnego zaufania, bo nigdy to nie jest dokladnie typ mojej przyjaciolki, ani moj klimat "zyciowy". Zawsze czegos brakuje, no ale po prostu sie nie narzeka, tylko bierze sie, co los daje ;)
I tak sobie w symbiozie zyjemy pare miesiecy, czasem wiecej, czasem mniej.
A potem kolezanka satelitka podrasta w piorka, nabiera doswiadczenia, poznala wiecej ludzi, zarobila wiecej pieniedzy. I juz mnie nie potrzebuje, odlatuje sobie na inna planete, do innej znajomej, a mnie zostawia sama, zapominajac kompletnie o moim istnieniu, i tak sobie zyje, dopoki nie przyczepi sie do mnie znow jakas panienka.
Nie mam zalu, bron boze. Nawet mi tak wygodniej. Nie musze sie w nic angazowac, nie musze na sile byc mila, a na dodatek moje ego laskocze fakt, ze ktos mnie uwaza za osobe godna zaufania i niemalze nauczycielke-guru.
Poza tym nie zagraza to moim kontaktom w Polsce. Chyba nigdy nie zdarzy sie tutaj, ze poznam kogos, kto przeskoczy moje istniejace przyjaznie; za wielka konserwa jestem, za bardzo przywiazuje sie do ludzi, ktorych znam od lat, i ktorzy wiedza o mnie wszystko. Nie potrafilabym zaufac tak samo komus, kogo znam od paru tygodni. Poza tym potrzebna jest ta rockowa dusza, ktorej nie posiadaja osoby tu mieszkajace. Taki klimat chyba.
Dotarlo do mnie po prostu, ze to sie tak toczy i toczyc bedzie. Taka specyfika. Przyjazn na odleglosc, pseudo przyjaznie na wyciagniecie reki, wciaz to samo dawanie porad i bycie guru dla satelitek. I taka swoista odmiana samotnosci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)