zdecydowanie lepiej mi się żyło, jak nie interesowałam się tym wszystkim, co dzieje się na świecie. nie oglądałam nigdy wiadomości, denerwowało mnie epatowanie sensacją, szukanie dziury w całym, ten niezdrowy błysk w oku reporterów, że "coś się dzieje". historią samą w sobie też nigdy się nie interesowałam, ba, nudziła mnie potwornie.
poza tym strasznie przeżywałam i nadal przeżywam wszystkie paskudne sceny, widoki, ujęcia. pod tym względem jestem typowy mięczak, nawet horrorów oglądać nie mogę, a co dopiero obrazy, które są prawdziwe.
potem po nocach się męczę, mam koszmarne sny. nawet nie próbuję tego zwalczyć, po prostu trzymam się z daleka, oglądam tylko fajne i wesołe filmy, unikam wiadomości i ekspresów reporterów. może i to dziecinne nieco ale chrzanię to, najwyraźniej taka już jestem i koniec.
mieszkanie z B. trochę zmieniło całą sytuację. moja mama (poprzednia moja współlokatorka, hehe) jest podobna do mnie, i najlepiej nie oglądałybyśmy telewizji w ogóle, jeśli już to jakiś fajny film. słuchamy też wspólnie muzyki, albo audycji w trójeczce, i wszystko jest piękne, gra i śpiewa. a my gadamy, gadamy i gadamy, tudzież czytamy i nic nie odwraca naszej uwagi.
B. jest z kolei maniakiem wiadomości i ma jakiś biologiczny przymus oglądania ich wszystkich na różnych kanałach. musi wiedzieć co się dzieje, jako niedoszły student prawa (fuj). ogląda, porównuje, komentuje, rzuca się na kanapie i psioczy na polityków. a potem najchętnie oglądałby jakieś historyczne filmy. coś strasznego.
kiedy dyskutujemy na temat oglądanych spraw uderzała mnie moja ignorancja, tyle nie wiem o Polsce, nie mówiąc już o świecie. a jednak ciekawie jest zestawiać jego podejścia i poglądy do moich, jako zderzenie Azja vs. Europa, świat muzułmański vs. chrześcijański i tak dalej. zaczęłam więc nadrabiać zaległości, bo po prostu głupio mi było, że nie jestem równorzędnym partnerem w dyskusji, nie mówiąc już o tym, że przebywając tu między innymi ludźmi w obcym kraju warto by było być w jakimś stopniu ambasadorem własnej kultury.
czytam więc regularnie wiadomości w sieci po polsku i oglądam z nim telewizję po barbarzyńsku. z jednej strony jest to niesamowicie ciekawe & wciągające, odkrywać różne powiązania, wpływy, związki. masa wiedzy się odsłania. z drugiej strony dostaję mówiąc krótko konkretnej doliny.
wczoraj po nadrobieniu wszystkich zaległości na temat Libii a potem rodziny Tudorów (vide oglądany przez nas serial) miałam łeb pełny i ciężki, poszłam spać i w nocy koszmary, tragedie, rozlewy krwi i moje strachliwe przebudzenia się co godzinę. nie powiem, żeby to fajne było. chyba dam sobie spokój na jakiś czas z tymi wiadomościami, bo to mnie przerasta.
skupię się na książce, na kwiatkach i muzyczkach, na gotowaniu w kuchni, i na serialu ally mcbeal. to mój bezpieczny mały światek, w którym nic się złego stać nie może. taka amelia w swojskim wydaniu, albo raczej ania z zielonego wzgórza. czysty romantyzm ale przynajmniej można spać spokojnie.
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
czwartek, 24 lutego 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
poniedzialek
oto pod pretekstem zarobienia paru groszy zgodziłam się pouprawiać mój dotychczasowy zawód, z którego oficjalnie już zrezygnowałam. jestem na zastępstwie. nie jest łatwo po paru miesiącach lenistwa wstać nagle o 7 rano i harować do 19. i następnego dnia znów. nogi spuchnięte od godzin spędzonych w autokarze i na lotnisku. wciąż głodna, bo zdecydowanie więcej kalorii spalam teraz niż w pozycji leniwca. dni szybko mijają i na nic nie ma czasu. po powrocie do domu żeby odreagować (bo bez stresu i problemów się nie obyło) zamiast zamówić sobie pizzę na telefon stałam 3 godziny przy garach na zasadzie: "o, co tam w lodówce? no to ugotujmy coś z tego co by się nie zepsuło". faktycznie gotowanie mnie zrelaksowało, ale jak potem wzięłam prysznic i padłam przed tv, to byłam już praktycznie martwa. nie było jak ze mną nawet pogadać, spałam z otwartymi oczami.
i to jest życie? wierzyć się nie chce, że żyłam tak miesiącami. nie wiedząc co się dzieje na świecie i u znajomych, nie pisząc, nie czytając, nie podróżując, jedząc byle co, nie myśląc o niczym poza pracą. nawet sny miałam na temat moich turystów-podopiecznych. jeszcze żeby ktoś to doceniał! no ale - właśnie. wiem aż za dobrze, co się "gada" na temat tego zawodu. od szefa aż po osoby, którym poświęcasz swój czas - nikt nie traktuje twojego zajęcia serio, włącznie z kwestiami finansów i ubezpieczeń.
jak dobrze, że to tylko na parę dni i w sobotę po południu znów będę wolnym człowiekiem. wolnym w pełnym tego słowa znaczeniu, totalnym fri lanserem. teraz ta wolność dopiero do mnie dociera. jak ona smakuje, jak ona pachnie! o żesz w mordę, jaka ekscytacja, a to dopiero początek!!
dziś dla urozmaicenia wolne, co odpowiada mi niezmiernie, w końcu jest poniedziałek. w poniedziałki mieć wolne to jak mieć wolne dwa razy. leniwe śniadanie z facetem, papierosek i kawka, nogi na stole i komputer. nie trzeba robić nic. na dodatek odkryłyśmy z A., że wydawca umieścił notkę o naszym dziele na swoim blogu, a to nadaje książce wymiarów realności (tak jakby podpisana umowa nie nadawała).
jest więc dziś zdecydowanie poniedziałek poniedziałków. aż mnie przechodzą dreszcze z radochy.
i to jest życie? wierzyć się nie chce, że żyłam tak miesiącami. nie wiedząc co się dzieje na świecie i u znajomych, nie pisząc, nie czytając, nie podróżując, jedząc byle co, nie myśląc o niczym poza pracą. nawet sny miałam na temat moich turystów-podopiecznych. jeszcze żeby ktoś to doceniał! no ale - właśnie. wiem aż za dobrze, co się "gada" na temat tego zawodu. od szefa aż po osoby, którym poświęcasz swój czas - nikt nie traktuje twojego zajęcia serio, włącznie z kwestiami finansów i ubezpieczeń.
jak dobrze, że to tylko na parę dni i w sobotę po południu znów będę wolnym człowiekiem. wolnym w pełnym tego słowa znaczeniu, totalnym fri lanserem. teraz ta wolność dopiero do mnie dociera. jak ona smakuje, jak ona pachnie! o żesz w mordę, jaka ekscytacja, a to dopiero początek!!
dziś dla urozmaicenia wolne, co odpowiada mi niezmiernie, w końcu jest poniedziałek. w poniedziałki mieć wolne to jak mieć wolne dwa razy. leniwe śniadanie z facetem, papierosek i kawka, nogi na stole i komputer. nie trzeba robić nic. na dodatek odkryłyśmy z A., że wydawca umieścił notkę o naszym dziele na swoim blogu, a to nadaje książce wymiarów realności (tak jakby podpisana umowa nie nadawała).
jest więc dziś zdecydowanie poniedziałek poniedziałków. aż mnie przechodzą dreszcze z radochy.
środa, 16 lutego 2011
Wkurzona, bo:
- po 2 dniach nadal nie mogę okiełznać swojej fryzury. Aby coś na to poradzić zaczęłam przeczesywać net i dowiedziałam się dużo ciekawych rzeczy np. o ilości dostępnych kosmetyków do stylizacji włosów, o ilości stylistek wrzucających na youtube'a filmiki prezentujące rozmaite uczesania, i w ogóle. I odzyskałam nadzieję.
- a potem poszłam do łazienki i próbowałam coś zastosować, i nic mi nie wyszło. Nadal wyglądam jak zmokła kura. Naprawdę w końcu założę chustkę, tak jak wtedy jak miałam te krótkie włosy w 2008.
- chyba ogólnie jestem wkurzona, muszę sobie strzelić kawę i coś kalorycznego, bo inaczej będzie bardzo źle
- CZY JA NIE MOGĘ WYGLĄDAĆ JAK CZŁOWIEK? Jak tylko zapuszczę włosy to coś mnie podkusza żeby iść do fryzjera i znów muszę się męczyć ze spineczkami, lakierami i tym całym syfem. O matko jaka jestem wściekła.
- jednak naprawdę, to jak wyglądamy ma bardzo duże znaczenie dla samopoczucia. Naprawdę. Ma.
wtorek, 15 lutego 2011
Walenty złosliwy
Głupia tak mam że wciąż czekam na niespodzianki. A to że mi przyjaciele zgotują nagły niespodziewany przyjazd w odwiedziny do mojej Azji, a to że jak pojadę do PL podczas urodzin to ktoś zorganizuje wielkie huczne party na moją cześć, a to że bojfriend na jakkolwiek przereklamowany ale jednak Dzień Zakochanych zabierze mnie w jakieś super-miejsce i w ogóle że się fajne sprawy dziać będą.
Całe życie tak czekam czekam i nic. Jeśli spotkały mnie jakieś niespodzianki to raczej z tego negatywnego rodzaju, typu: śniadanie wielkanocne podczas którego rodzice ogłaszają, że się rozwodzą, i takie tam. Wszystko sama sobie muszę organizować. I przyjazdy ludzi do mnie w odwiedziny, i huczne party urodzinowe, i działalność boyfrienda. Może tkwi w tym jakieś magiczne zaklęcie, bo wiele razy znajomi mi mówili, że stanowię jakąś siłę napędową tego typu zrywów i jak mnie nie ma to im się nie chce. Bojfriend najwyraźniej też kieruje się podobną taktyką. Może uważają, że tak naprawdę nie lubię niespodzianek, i sama je sobie wolę stwarzać w sposób kontrolowany, co ma swoje uzasadnienie, bo często lubię powtarzać, że faktycznie ich nie lubię (nie dodając, jakie niespodzianki lubię).
Po tym wiele wyjaśniającym akapicie nastąpi relacja z dnia wczorajszego, który dział się według klasycznego niemal schematu. W dobrym słonecznym nastawieniu przespacerowałam się z B do miasta, on do fryzjera i ja do fryzjera, każde do swojego, oczywiście. O ile B nie ma tutaj za dużo do zepsucia, w ogóle faceci mają jednak prosto w tej kwestii (jak i wielu innych, np. ubraniowych, albo w braku kosmetyków do wklepywania i rozbijania wyimaginowanego celluitu), o tyle u mnie jest ZAWSZE coś do zepsucia u fryzjera. Głupcy nie wierzą mi nigdy, kiedy mówię, że mam włosy kręcone, bo widzą je mokre i wyprostowane. Obcinają w jakieś fantazyjne fiu-bźdźiu, a potem kiedy włosy schną robi się falowana masakra. Tym razem fryzjer zorientował się po czasie, kiedy zwróciłam mu uwagę na filuterny loczek na czole.
- O, faktycznie masz kręcone włosy, a myślałem, że przesadzasz! - i zaczął ponownie obrabiać mi włosy tak, żeby nie było bałaganu. Wydawało się, że problem został rozwiązany. Ułożył mi fryz a la Aniołek Charliego, wyszłam na miasto, spotkałam kilku znajomych, którzy komplementowali mój wygląd, świat był piękny. Kupiłam w markecie wino na wieczór, i spotkałam się jeszcze z dwoma koleżankami. Podczas spotkania rozszalała się burza... kiedy wróciłam do domu miałam fryzurę zmokłej kury. Próbując ją opanować odkryłam, że zostałam obcięta na niemieckiego piłkarza, no, może nie aż tak, ale dla mnie wystarczająco, żeby się załamać.
Jak to możliwe, że całe życie jestem rozczochrana i nieułożona? Raz, że nie umiem układać sobie włosów, dwa, że żal mi kasy i czasu, żeby chodzić (jak tutejsze dziewczyny) co 3 dni do fryzjera na układanie, trzy, że jestem dziewczyną w typie NATURALNYM. Nie dla mnie fiokowanie się i wykreowany image z 57 strony VOUGE'a.
Nigdy jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który by to zrozumiał a przy okazji starał się chociaż skumać strukturę mojego włosa. Wrrr.
Zmokła kura opanowała jakoś wszystkie niesforne loczki, podwinęła dywan niemieckiego piłkarza, upiekła ciasteczka cynamonowe w kształcie serduszek, i czekała na boyfrienda, który był na meczu. I czekała, i czekała. A telefon B. się rozładował (rozładowuje się codziennie, tu akurat nie było podpuchy; stary grat). Niniejszym możecie zrozumieć mój wkur*, kiedy boyfriend przyszedł bardzo późno, na szczęście trzeźwy, ale nawet bez złamanego kwiatka. Tak to jest, jak się w zimie nie ma pracy ani kasy. Z jednej strony rozumiem, bo zarówno rok jak i dwa lata tamu były i kwiatki i kolacje (wtedy ja nie miałam dla niego nic poza sobą samą ;) - z drugiej strony tym razem ja miałam dla niego drogi prezent i było mi głupio z powodu tej nierównowagi i na dodatek jego spóźnienia.
Wrrr.
Tak czy siak zawstydziłam boyfrienda który nawet pochwalił moje sterczące loczki i obiecał, że jeszcze to nadrobi. Za rok będę znów leżeć, pachnieć i wymagać, czyli stosować strategię tutejszych babek, to się faktycznie bardziej opyla.
A tak naprawdę - pie*dolę Walentynki. Wolę tą niewymuszoną leniwą codzienność, jaką mam z B od niemal trzech lat. Jest nam tak bardzo zwyczajnie i nudno, że aż nadziwić się nie mogę, że może to być wciąż dla mnie przyjemne. I tyle w temacie.
Całe życie tak czekam czekam i nic. Jeśli spotkały mnie jakieś niespodzianki to raczej z tego negatywnego rodzaju, typu: śniadanie wielkanocne podczas którego rodzice ogłaszają, że się rozwodzą, i takie tam. Wszystko sama sobie muszę organizować. I przyjazdy ludzi do mnie w odwiedziny, i huczne party urodzinowe, i działalność boyfrienda. Może tkwi w tym jakieś magiczne zaklęcie, bo wiele razy znajomi mi mówili, że stanowię jakąś siłę napędową tego typu zrywów i jak mnie nie ma to im się nie chce. Bojfriend najwyraźniej też kieruje się podobną taktyką. Może uważają, że tak naprawdę nie lubię niespodzianek, i sama je sobie wolę stwarzać w sposób kontrolowany, co ma swoje uzasadnienie, bo często lubię powtarzać, że faktycznie ich nie lubię (nie dodając, jakie niespodzianki lubię).
Po tym wiele wyjaśniającym akapicie nastąpi relacja z dnia wczorajszego, który dział się według klasycznego niemal schematu. W dobrym słonecznym nastawieniu przespacerowałam się z B do miasta, on do fryzjera i ja do fryzjera, każde do swojego, oczywiście. O ile B nie ma tutaj za dużo do zepsucia, w ogóle faceci mają jednak prosto w tej kwestii (jak i wielu innych, np. ubraniowych, albo w braku kosmetyków do wklepywania i rozbijania wyimaginowanego celluitu), o tyle u mnie jest ZAWSZE coś do zepsucia u fryzjera. Głupcy nie wierzą mi nigdy, kiedy mówię, że mam włosy kręcone, bo widzą je mokre i wyprostowane. Obcinają w jakieś fantazyjne fiu-bźdźiu, a potem kiedy włosy schną robi się falowana masakra. Tym razem fryzjer zorientował się po czasie, kiedy zwróciłam mu uwagę na filuterny loczek na czole.
- O, faktycznie masz kręcone włosy, a myślałem, że przesadzasz! - i zaczął ponownie obrabiać mi włosy tak, żeby nie było bałaganu. Wydawało się, że problem został rozwiązany. Ułożył mi fryz a la Aniołek Charliego, wyszłam na miasto, spotkałam kilku znajomych, którzy komplementowali mój wygląd, świat był piękny. Kupiłam w markecie wino na wieczór, i spotkałam się jeszcze z dwoma koleżankami. Podczas spotkania rozszalała się burza... kiedy wróciłam do domu miałam fryzurę zmokłej kury. Próbując ją opanować odkryłam, że zostałam obcięta na niemieckiego piłkarza, no, może nie aż tak, ale dla mnie wystarczająco, żeby się załamać.
Jak to możliwe, że całe życie jestem rozczochrana i nieułożona? Raz, że nie umiem układać sobie włosów, dwa, że żal mi kasy i czasu, żeby chodzić (jak tutejsze dziewczyny) co 3 dni do fryzjera na układanie, trzy, że jestem dziewczyną w typie NATURALNYM. Nie dla mnie fiokowanie się i wykreowany image z 57 strony VOUGE'a.
Nigdy jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który by to zrozumiał a przy okazji starał się chociaż skumać strukturę mojego włosa. Wrrr.
Zmokła kura opanowała jakoś wszystkie niesforne loczki, podwinęła dywan niemieckiego piłkarza, upiekła ciasteczka cynamonowe w kształcie serduszek, i czekała na boyfrienda, który był na meczu. I czekała, i czekała. A telefon B. się rozładował (rozładowuje się codziennie, tu akurat nie było podpuchy; stary grat). Niniejszym możecie zrozumieć mój wkur*, kiedy boyfriend przyszedł bardzo późno, na szczęście trzeźwy, ale nawet bez złamanego kwiatka. Tak to jest, jak się w zimie nie ma pracy ani kasy. Z jednej strony rozumiem, bo zarówno rok jak i dwa lata tamu były i kwiatki i kolacje (wtedy ja nie miałam dla niego nic poza sobą samą ;) - z drugiej strony tym razem ja miałam dla niego drogi prezent i było mi głupio z powodu tej nierównowagi i na dodatek jego spóźnienia.
Wrrr.
Tak czy siak zawstydziłam boyfrienda który nawet pochwalił moje sterczące loczki i obiecał, że jeszcze to nadrobi. Za rok będę znów leżeć, pachnieć i wymagać, czyli stosować strategię tutejszych babek, to się faktycznie bardziej opyla.
A tak naprawdę - pie*dolę Walentynki. Wolę tą niewymuszoną leniwą codzienność, jaką mam z B od niemal trzech lat. Jest nam tak bardzo zwyczajnie i nudno, że aż nadziwić się nie mogę, że może to być wciąż dla mnie przyjemne. I tyle w temacie.
poniedziałek, 7 lutego 2011
...and your sister I think her name is debra
podejrzewam, że dużo ludzi uzależnionych od muzyki tak ma, ja mam zawsze. kiedy zdarzy mi się coś smutnego (czyli np. w dawnych czasach jak się okazało, że chłopak w którym się kochałam miał dziewczynę - coś w ten deseń), lubię pławić się w tym smutku, zwielokratniać do go potęgi, rozdmuchiwać. na kilometr śmierdzi to emocjonalną niedojrzałością ale nie o tym chciałam. efekty są czarujące: cały schrzaniony wieczór, wino, tonięcie we łzach i inne takie, a potem cudowne oczyszczenie, nirwana, jak tam zwał. i następnego dnia można już funkcjonować, jakby świat się wcale nie skończył. do tego celu służy mi zawsze muzyka własnie, czyli następuje mało produktywna akcja pod tytułem: szukamy na kompie najsmutniejszych, najbardziej rozdzierających i najbardziej znaczących jeśli chodzi o tekst piosenek na świecie. i już mamy cały wieczór i połowę nocy z głowy.
ponieważ mieszkam teraz w kraju, gdzie jest dużo słońca, zauważyłam wyraźne zmniejszenie stanów tak zwanych chybotliwo-depresyjnych, w które wcześniej wpadałam bardzo często. poza tym ustabilizowały mi się plany życiowe, nie mówiąc już o stałym boyfriendzie. niedojrzałośc emocjonalna jakby się zmniejszyła (a może pod wpływem słońca tak mi się tylko wydaje). jeśli jest się czym martwić to raczej tak chronicznie (typu: brak pieniędzy i tak dalej) , więc rzadko wpadam w tak zwane doły, no, najwyżej z okazji PMSa.
do czego zmierzam. od jakiegoś czasu zdarza mi się, kiedy dostanę jakiegoś dobrego newsa, dokładnie tak się nad tym faktem pastwić, jak wcześniej nad złą wiadomością. zamiast ruszać w podskokach do roboty (w końcu projekt umowy od wydawcy wprost zachęca do zakasania rękawów), spędzam 5 (słownie: pięć!!) godzin przy kompie, wyszukując najbardziej skoczne, wesołe i optymistyczne piosenki na świecie, a potem potrząsam włosami w ich rytm. kiedy składy piosenek się wyczerpią przechodzę do internetu wyszukiwać teledyski tych kawałków, których w zbiorach nie posiadam. robi się z tego niezłe zamieszanie, zaczynam się coraz bardziej zapętlać i zapętlać w tą gęstwinę rozmaitych dźwięków, i tak jak kiedyś z każdym utworem z masochistyczną przyjemnością schodziłam stopień niżej w kierunku otchłani rozpaczy (copyright by Ania Shirley), tak teraz wskakuję coraz wyżej i wyżej, doprowadzając się do radości niemalże absurdalnej. do głupawki już tylko krok.
aktualnie zapodaję sobie pink "feel good time" naprzemiennie z "debra" becka - i już boję się co będzie dalej. chyba pora otworzyć białe wino, które czeka grzecznie na wypicie od dwóch tygodni. aha no i przydałoby się włosy rozczesać bo od tego machania nieco się... ten.
ponieważ mieszkam teraz w kraju, gdzie jest dużo słońca, zauważyłam wyraźne zmniejszenie stanów tak zwanych chybotliwo-depresyjnych, w które wcześniej wpadałam bardzo często. poza tym ustabilizowały mi się plany życiowe, nie mówiąc już o stałym boyfriendzie. niedojrzałośc emocjonalna jakby się zmniejszyła (a może pod wpływem słońca tak mi się tylko wydaje). jeśli jest się czym martwić to raczej tak chronicznie (typu: brak pieniędzy i tak dalej) , więc rzadko wpadam w tak zwane doły, no, najwyżej z okazji PMSa.
do czego zmierzam. od jakiegoś czasu zdarza mi się, kiedy dostanę jakiegoś dobrego newsa, dokładnie tak się nad tym faktem pastwić, jak wcześniej nad złą wiadomością. zamiast ruszać w podskokach do roboty (w końcu projekt umowy od wydawcy wprost zachęca do zakasania rękawów), spędzam 5 (słownie: pięć!!) godzin przy kompie, wyszukując najbardziej skoczne, wesołe i optymistyczne piosenki na świecie, a potem potrząsam włosami w ich rytm. kiedy składy piosenek się wyczerpią przechodzę do internetu wyszukiwać teledyski tych kawałków, których w zbiorach nie posiadam. robi się z tego niezłe zamieszanie, zaczynam się coraz bardziej zapętlać i zapętlać w tą gęstwinę rozmaitych dźwięków, i tak jak kiedyś z każdym utworem z masochistyczną przyjemnością schodziłam stopień niżej w kierunku otchłani rozpaczy (copyright by Ania Shirley), tak teraz wskakuję coraz wyżej i wyżej, doprowadzając się do radości niemalże absurdalnej. do głupawki już tylko krok.
aktualnie zapodaję sobie pink "feel good time" naprzemiennie z "debra" becka - i już boję się co będzie dalej. chyba pora otworzyć białe wino, które czeka grzecznie na wypicie od dwóch tygodni. aha no i przydałoby się włosy rozczesać bo od tego machania nieco się... ten.
sobota, 5 lutego 2011
NA AMORA
Siekło mnie solidnie. Tak jak od dłuższego już czasu chwaliłam się, jaka to ja jestem odporna i że wcale się nie przeziębiam, tak teraz mnie siekło. Podstępnie, złośliwie, z dwukrotną siłą, w stylu: pokażę Ci dziewczyno gdzie sobie wsadzisz to dobre samopoczucie. Zdecydowanie ostatnimi czasy było mi za fajnie. Więc grypa, w rzeczy samej. Zapomniałam już jak to jest, aż wczoraj, w dniu krytycznym, byłam bliska łez. Każda część ciała wydawała się opuchnięta, boląca, i sącząca jakąś wydzielinę.
To co teraz napiszę będzie tak klasyczne, i tak niepodobne do "starej mnie" że aż śmieszne: dobrze, że jest ze mną B. Dba o mnie, chodzi do apteki, gotuje pyszne posiłki, podaje mi orzeszki prosto do pyska i nie boi się zarazków. Miód-malina. Piszę o tym, bo mimo że cały świat wie, że to jest klasyczne, i że facet, z którym się jest w (udanym) związku od 2,5 roku, "raczej" robi takie rzeczy. A przecież skąd ja to miałam wiedzieć, nigdy nie miałam nikogo tak długo poza B. i z gruntu raczej uważam facetów za wredne egoistyczne świnie (próbując w ten sposób zrzucić winę na kogoś poza mną samą za moje kompleksy). A tu niespodzianka :) Schemat do którego się przyzwyczaiłam to taki, że to kobieta się poświęca, a niedostępnego, odległego faceta trzeba o wszystko prosić. I że kiedy kobieta ma problem, to musi sobie radzić sama. Przepraszam za naiwny ton nielicznych czytelników, ale wierzcie mi - w takim przekonaniu wyrosłam.
Trudno się dziwić że wciąż jestem nieufna, a potem przeżywam szok za szokiem. W tym szoku nie mogę wytrwać, i w końcu postanawiam napisać notkę na bloga, na czym cierpią czytelnicy, którzy pewnie chcieliby poczytać jakieś bardziej bystrzejsze teksty, tak jak to drzwiej bywało.
A może tylko mi się wydaje? Kompleksów niekończąca się wyliczanka. Będąc singlem pisałam o byciu singlem, wciąż się na tym skupiając, zakochując co 5 minut w kimś innym (i jak zwykle bez wzajemności), a potem znów wypisywałam udręki bycia singlem. Kiedy teraz jestem w stałym związku, czuję się niejako nie fair wobec starych czytelników, kiedy piszę o tym. No bo jak to - gdzie ten cały mój pieczołowicie tworzony przez lata wizerunek? Runął w gruzy. Zrobiło się nudno, ciepło, swojsko. Dobrze chociaż, że mieszkam za granicą i wykonuję niecodzienne zawody, bo jest nadzieja. Tak poza tym to tylko miód-malina i nic więcej. Tragedia.
Całe to paplanie przysłoniło parę ważnych spraw. Po pierwsze, dnia piątego lutego mam imieniny. Wszelkie takie dni obchodzę z egocentryczną radością, lubię się w nich pławić, dostawać życzenia, niespodzianki, cuda wianki. I jak zwykle życie robi mi psikusa bo w kraju na T. o imieninach nie słyszeli. A nawet jeśli ich uświadomię, to nikt mnie nawet na piwo nie zabierze, bo jestem chora. Pieprzona złośliwość losu :)
Po drugie, dnia pierwszego lutego napisałam do dotychczasowej firmy i zrezygnowałam z dalszej współpracy. Spodziewałam się darcia szat i propozycji, bym jednak to przemyślała. Naiwniaczka. Życzono mi powodzenia i wysłano na drzewo. Cóż, tym lepiej że odeszłam. Przede mną szerokie i głębokie wody trzeciej już w moim życiorysie (ale mam nadzieję pierwszej świadomej i udanej) działalności gospodarczej. Nowy zawód, kompletna niezależność, a jednocześnie ścisłe powiązanie z B. Dzyń dzyń! Wchodzimy w jakże uroczą erę pod tytułem: pracuję z moim chłopakiem. Na szczęście to nie dlatego, że ojej, tak strasznie się kochamy i nie możemy rozstać. Raczej ja uważam, że ma łeb na karku (pytacie dlaczego? Bo jest inteligentny i słucha tego co mam do powiedzenia :)), a on uważa, że ja mam potencjał (a to łechce moje jak zawsze niedopieszczone ego). Uważa, ba, jest pewien, że razem zawojujemy ten biznes i zarobimy kupę kasy. Skoro tak... dziwicie się, że zmieniłam pracę?
Tym bardziej że miałam już serdecznie dość poprzedniej i chciałam jakiejś odmiany.
No to ją mam. Dzyń dzyń!
Ah, jak ja lubię takie samotne poranki przy blogach. Przypominają mi stare dobre czasy pojedynczego mieszkania i funkcjonowania. Z racji choroby nie mogłam już dłużej spać, przyjęłam wszystkie wspaniałe napary, płukanki i lekarstwa, i do kompa. Tym razem jest fajnie, bo wystarczy pstryknąć palcami i nie ma już samotności. Facet jako moje totalne przeciwieństwo nie może zrozumieć, że można lubić i celebrować bycie samemu, ale chyba się po prostu przyzwyczaił. Czasami się zastanawiam jakie to jest zabawne, że akurat my jesteśmy parą. Zawsze potargana, lekko pokręcona (a może mocniej niż lżej) neurotyczka, zaprzysięgła samotniczka, uważająca, że nie potrafiłaby się porozumieć w innym języku niż polski (w sensie związku). I on, pewny siebie, nawet zarozumiały, elegancik, obcokrajowiec z kraju na T., a więc kompletnie nie polskojęzyczny, też w jakimś stopniu jednak niezależny. Być może, kurcze, ta niezależność nas połączyła. To że nie wieszamy się na sobie tak, jakbyśmy nic poza tym w życiu nie mieli.
Jak zwykle się rozpisałam a już po dwunastej. Pora na pstryknięcie palcami i powrót do świata typu double.
To co teraz napiszę będzie tak klasyczne, i tak niepodobne do "starej mnie" że aż śmieszne: dobrze, że jest ze mną B. Dba o mnie, chodzi do apteki, gotuje pyszne posiłki, podaje mi orzeszki prosto do pyska i nie boi się zarazków. Miód-malina. Piszę o tym, bo mimo że cały świat wie, że to jest klasyczne, i że facet, z którym się jest w (udanym) związku od 2,5 roku, "raczej" robi takie rzeczy. A przecież skąd ja to miałam wiedzieć, nigdy nie miałam nikogo tak długo poza B. i z gruntu raczej uważam facetów za wredne egoistyczne świnie (próbując w ten sposób zrzucić winę na kogoś poza mną samą za moje kompleksy). A tu niespodzianka :) Schemat do którego się przyzwyczaiłam to taki, że to kobieta się poświęca, a niedostępnego, odległego faceta trzeba o wszystko prosić. I że kiedy kobieta ma problem, to musi sobie radzić sama. Przepraszam za naiwny ton nielicznych czytelników, ale wierzcie mi - w takim przekonaniu wyrosłam.
Trudno się dziwić że wciąż jestem nieufna, a potem przeżywam szok za szokiem. W tym szoku nie mogę wytrwać, i w końcu postanawiam napisać notkę na bloga, na czym cierpią czytelnicy, którzy pewnie chcieliby poczytać jakieś bardziej bystrzejsze teksty, tak jak to drzwiej bywało.
A może tylko mi się wydaje? Kompleksów niekończąca się wyliczanka. Będąc singlem pisałam o byciu singlem, wciąż się na tym skupiając, zakochując co 5 minut w kimś innym (i jak zwykle bez wzajemności), a potem znów wypisywałam udręki bycia singlem. Kiedy teraz jestem w stałym związku, czuję się niejako nie fair wobec starych czytelników, kiedy piszę o tym. No bo jak to - gdzie ten cały mój pieczołowicie tworzony przez lata wizerunek? Runął w gruzy. Zrobiło się nudno, ciepło, swojsko. Dobrze chociaż, że mieszkam za granicą i wykonuję niecodzienne zawody, bo jest nadzieja. Tak poza tym to tylko miód-malina i nic więcej. Tragedia.
Całe to paplanie przysłoniło parę ważnych spraw. Po pierwsze, dnia piątego lutego mam imieniny. Wszelkie takie dni obchodzę z egocentryczną radością, lubię się w nich pławić, dostawać życzenia, niespodzianki, cuda wianki. I jak zwykle życie robi mi psikusa bo w kraju na T. o imieninach nie słyszeli. A nawet jeśli ich uświadomię, to nikt mnie nawet na piwo nie zabierze, bo jestem chora. Pieprzona złośliwość losu :)
Po drugie, dnia pierwszego lutego napisałam do dotychczasowej firmy i zrezygnowałam z dalszej współpracy. Spodziewałam się darcia szat i propozycji, bym jednak to przemyślała. Naiwniaczka. Życzono mi powodzenia i wysłano na drzewo. Cóż, tym lepiej że odeszłam. Przede mną szerokie i głębokie wody trzeciej już w moim życiorysie (ale mam nadzieję pierwszej świadomej i udanej) działalności gospodarczej. Nowy zawód, kompletna niezależność, a jednocześnie ścisłe powiązanie z B. Dzyń dzyń! Wchodzimy w jakże uroczą erę pod tytułem: pracuję z moim chłopakiem. Na szczęście to nie dlatego, że ojej, tak strasznie się kochamy i nie możemy rozstać. Raczej ja uważam, że ma łeb na karku (pytacie dlaczego? Bo jest inteligentny i słucha tego co mam do powiedzenia :)), a on uważa, że ja mam potencjał (a to łechce moje jak zawsze niedopieszczone ego). Uważa, ba, jest pewien, że razem zawojujemy ten biznes i zarobimy kupę kasy. Skoro tak... dziwicie się, że zmieniłam pracę?
Tym bardziej że miałam już serdecznie dość poprzedniej i chciałam jakiejś odmiany.
No to ją mam. Dzyń dzyń!
Ah, jak ja lubię takie samotne poranki przy blogach. Przypominają mi stare dobre czasy pojedynczego mieszkania i funkcjonowania. Z racji choroby nie mogłam już dłużej spać, przyjęłam wszystkie wspaniałe napary, płukanki i lekarstwa, i do kompa. Tym razem jest fajnie, bo wystarczy pstryknąć palcami i nie ma już samotności. Facet jako moje totalne przeciwieństwo nie może zrozumieć, że można lubić i celebrować bycie samemu, ale chyba się po prostu przyzwyczaił. Czasami się zastanawiam jakie to jest zabawne, że akurat my jesteśmy parą. Zawsze potargana, lekko pokręcona (a może mocniej niż lżej) neurotyczka, zaprzysięgła samotniczka, uważająca, że nie potrafiłaby się porozumieć w innym języku niż polski (w sensie związku). I on, pewny siebie, nawet zarozumiały, elegancik, obcokrajowiec z kraju na T., a więc kompletnie nie polskojęzyczny, też w jakimś stopniu jednak niezależny. Być może, kurcze, ta niezależność nas połączyła. To że nie wieszamy się na sobie tak, jakbyśmy nic poza tym w życiu nie mieli.
Jak zwykle się rozpisałam a już po dwunastej. Pora na pstryknięcie palcami i powrót do świata typu double.
Subskrybuj:
Posty (Atom)