Głupia tak mam że wciąż czekam na niespodzianki. A to że mi przyjaciele zgotują nagły niespodziewany przyjazd w odwiedziny do mojej Azji, a to że jak pojadę do PL podczas urodzin to ktoś zorganizuje wielkie huczne party na moją cześć, a to że bojfriend na jakkolwiek przereklamowany ale jednak Dzień Zakochanych zabierze mnie w jakieś super-miejsce i w ogóle że się fajne sprawy dziać będą.
Całe życie tak czekam czekam i nic. Jeśli spotkały mnie jakieś niespodzianki to raczej z tego negatywnego rodzaju, typu: śniadanie wielkanocne podczas którego rodzice ogłaszają, że się rozwodzą, i takie tam. Wszystko sama sobie muszę organizować. I przyjazdy ludzi do mnie w odwiedziny, i huczne party urodzinowe, i działalność boyfrienda. Może tkwi w tym jakieś magiczne zaklęcie, bo wiele razy znajomi mi mówili, że stanowię jakąś siłę napędową tego typu zrywów i jak mnie nie ma to im się nie chce. Bojfriend najwyraźniej też kieruje się podobną taktyką. Może uważają, że tak naprawdę nie lubię niespodzianek, i sama je sobie wolę stwarzać w sposób kontrolowany, co ma swoje uzasadnienie, bo często lubię powtarzać, że faktycznie ich nie lubię (nie dodając, jakie niespodzianki lubię).
Po tym wiele wyjaśniającym akapicie nastąpi relacja z dnia wczorajszego, który dział się według klasycznego niemal schematu. W dobrym słonecznym nastawieniu przespacerowałam się z B do miasta, on do fryzjera i ja do fryzjera, każde do swojego, oczywiście. O ile B nie ma tutaj za dużo do zepsucia, w ogóle faceci mają jednak prosto w tej kwestii (jak i wielu innych, np. ubraniowych, albo w braku kosmetyków do wklepywania i rozbijania wyimaginowanego celluitu), o tyle u mnie jest ZAWSZE coś do zepsucia u fryzjera. Głupcy nie wierzą mi nigdy, kiedy mówię, że mam włosy kręcone, bo widzą je mokre i wyprostowane. Obcinają w jakieś fantazyjne fiu-bźdźiu, a potem kiedy włosy schną robi się falowana masakra. Tym razem fryzjer zorientował się po czasie, kiedy zwróciłam mu uwagę na filuterny loczek na czole.
- O, faktycznie masz kręcone włosy, a myślałem, że przesadzasz! - i zaczął ponownie obrabiać mi włosy tak, żeby nie było bałaganu. Wydawało się, że problem został rozwiązany. Ułożył mi fryz a la Aniołek Charliego, wyszłam na miasto, spotkałam kilku znajomych, którzy komplementowali mój wygląd, świat był piękny. Kupiłam w markecie wino na wieczór, i spotkałam się jeszcze z dwoma koleżankami. Podczas spotkania rozszalała się burza... kiedy wróciłam do domu miałam fryzurę zmokłej kury. Próbując ją opanować odkryłam, że zostałam obcięta na niemieckiego piłkarza, no, może nie aż tak, ale dla mnie wystarczająco, żeby się załamać.
Jak to możliwe, że całe życie jestem rozczochrana i nieułożona? Raz, że nie umiem układać sobie włosów, dwa, że żal mi kasy i czasu, żeby chodzić (jak tutejsze dziewczyny) co 3 dni do fryzjera na układanie, trzy, że jestem dziewczyną w typie NATURALNYM. Nie dla mnie fiokowanie się i wykreowany image z 57 strony VOUGE'a.
Nigdy jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który by to zrozumiał a przy okazji starał się chociaż skumać strukturę mojego włosa. Wrrr.
Zmokła kura opanowała jakoś wszystkie niesforne loczki, podwinęła dywan niemieckiego piłkarza, upiekła ciasteczka cynamonowe w kształcie serduszek, i czekała na boyfrienda, który był na meczu. I czekała, i czekała. A telefon B. się rozładował (rozładowuje się codziennie, tu akurat nie było podpuchy; stary grat). Niniejszym możecie zrozumieć mój wkur*, kiedy boyfriend przyszedł bardzo późno, na szczęście trzeźwy, ale nawet bez złamanego kwiatka. Tak to jest, jak się w zimie nie ma pracy ani kasy. Z jednej strony rozumiem, bo zarówno rok jak i dwa lata tamu były i kwiatki i kolacje (wtedy ja nie miałam dla niego nic poza sobą samą ;) - z drugiej strony tym razem ja miałam dla niego drogi prezent i było mi głupio z powodu tej nierównowagi i na dodatek jego spóźnienia.
Wrrr.
Tak czy siak zawstydziłam boyfrienda który nawet pochwalił moje sterczące loczki i obiecał, że jeszcze to nadrobi. Za rok będę znów leżeć, pachnieć i wymagać, czyli stosować strategię tutejszych babek, to się faktycznie bardziej opyla.
A tak naprawdę - pie*dolę Walentynki. Wolę tą niewymuszoną leniwą codzienność, jaką mam z B od niemal trzech lat. Jest nam tak bardzo zwyczajnie i nudno, że aż nadziwić się nie mogę, że może to być wciąż dla mnie przyjemne. I tyle w temacie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz