Kombinacje - sracje. Święta świętami, wszystko fajnie, ale jedno jest jasne: trzeba czasowo zawiesić tego bloga. Zmiana adresu nie pomogła. Ja po prostu nie mam natchnienia, a tak prawdę mówiąc, nie mam motywacji, żeby go pisać. Jak już coś napiszę, dociera do mnie, że w ogóle nie o to chodziło. Uświadomilam to sobie jakiś czas temu, ale nie zrobiłam nic, by to zmienić.
Wyjałowiłam się. Najpierw myślałam, że to przez wykańczającą pracę. Potem, że przez faceta, że niby szczęśliwe związki nie idą w parze z kreatywnym blogowaniem, pisaniem, fotografowaniem. Potem, że to przez wszystko po trochu. Wciąż jest jakiś winowajca.
Prawda jest brutalna: rozleniwiłam się i już. Jestem nudna, mało twórcza.
Czytam mało fajnych książek, robię mało fajnych rzeczy, nie słucham fajnej muzyki. Nie odkrywam, nie rozwijam się, nie szukam. Zastygłam w swoim szczęściu, w celebracji prostego życia, ale teraz mnie boli nieco, swędzi mnie trochę dusza. Że szczęście szczęściem, ale jednak czegoś brakuje.
Nawet zwykłego papierowego pamiętnika nie piszę (a kiedyś pisałam). Chwilowo nie wiem, co chcę pisać i jak. Jednak drugi, prężnie rozwijający się blog, to zupełnie inna bajka. Tam się rusza i skrzy. Nie mówiąc już o książce, która prawie skończona. Projektów na potem cała masa. Moje życie zaczęło się kręcić wokół kraju na T., moja tożsamość zmienia się pod wpływem emigracji, dlatego nie potrafię odnaleźć pomysłu na pisanie tutaj. A to z powodu mojego wyjałowienia. Pomysłów znalazłoby się sporo, na pewno - ale muszę je w sobie rozbudzić. Jak to mówi moja mama, "dać sobie szansę".
A najpierw - dać sobie czas.
Powrócę więc na pewno - ale w nowym wcieleniu. Może jutro, może za miesiąc, może pół roku. W tej chwili nie jestem w stanie przewidzieć, co mi strzeli do łba. Bo w to, że strzeli - absolutnie nie wątpię.
I tym optymistycznym akcentem - c.d.n.
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
niedziela, 26 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
KCIUK
Nie wiedziałam że kciuk prawej ręki jest tak istotny; pewnie dlatego, że jestem leworęczna. Dzisiaj lecąc na święta do Polski przytrzasnęłam go sobie elegancko w toalecie na lotnisku w Berlinie. Dokładnie przytrzasnęłam to miejsce, gdzie się zaczyna paznokieć. Wolę nawet nie próbować opisywać koloru ani bólu jaki teraz mnie męczy - nie jestem jakąś tam królewną, ból w różnych wersjach znam dość dobrze... Ale jednak jest to zupełnie nowa jakość, której nikomu nie życzę. Nie mówiąc już o lekkiej niepełnosprawności: problemem jest wykonanie bez piszczenia z bólu wielu wydawałoby się prostych domowych czy osobistych czynności jak np. odpięcie guzika... Cholera.
No i właśnie, raz, że długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że nic specjalnego się nie działo, ani wzlotów, ani upadków. Ani depresji, ani manii. Taka jakby norma. Poza tym nie działo się nic, bo spędziłam (od ostatniego przyjazdu z Polski) bite trzy tygodnie na totalnym nieróbstwie. Czasami mi to przeszkadzało, ale chyba jednak mimo wszystko było potrzebne.
Spaliśmy do południa, potem śniadanie. Najlepsze z najlepszych, pomidory, oliwa z oliwek, czarne cierpkie oliwki, za którymi przepadam. Chrupiący biały chleb. Zielenina zżerana przeze mnie w ilościach hurtowych. Potem krótki przegląd wiadomości, drobne porządki, kawa, i już prawie był wieczór! A wieczór to gotowanie, ucztowanie, oglądanie filmów, dawanie lekcji polskiego bratu B., przy czym bywało sporo śmiechu (chociaż tak na marginesie jestem przerażona tym, jak słabo znam własny język i jak trudno wytłumaczyć go obcokrajowcowi... Raczej nie jestem zadowolona z siebie jako nauczycielki - no ale to mój życiowy debiut). I późne, bardzo późne chodzenie... spać i nie tylko :)
Uderzyło mnie że kompletnie nie wychodzimy "do ludzi". Zastanawiam się czy naprawdę tego nie potrzebuję, czy był to taki etap tylko, czy jak. Raz, że nie ma do kogo wychodzić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie że zrobiłam się niezmiernie ostra jeśli chodzi o selekcję znajomych osób. Podejrzewam że te znajome, z którymi nie chce mi się widywać (mówiąc krótko, nie moje klimaty; to że są Polkami, nie oznacza, że mam z nimi trzymać) - stwierdziły między sobą, że pewnie facet zabrania mi wychodzić do ludzi albo coś w tym rodzaju.
Najpierw mnie to drażniło, ale chyba zaczynam się uodparniać.
Odbiegłam od tematu. Tematem było, że przyjechałam do Polski. Znowu. Nie kupiłam jeszcze powrotu, bo w moim kierunku geograficznym bilety tanieją im bliżej do wylotu. Ale będę co najmniej do Sylwestra. Co oczywiście powoduje określone refleksje. Raz, ten kciuk. Dwa, ten śnieg i zimno. Trzy to cholerny wkurw który mnie ogarnia, kiedy muszę latać do Berlina a potem tłuc się tyle godzin busem do Poznania. Z tymi bagażami, z tymi torbami, bo przecież o ile moich rzeczy jest tam niewiele, o tyle wszyscy wciąż "coś chcą". Robię im te zakupy, realizuję zamówienia, a potem ręce mam przy samej ziemi. Czy to ma sens w ogóle? Nie ma to jak mieszkać poza UE, cła, cuda wianki - gdyby kraj na T. był w Unii to posłałabym paczkę albo otworzyła sklep internetowy.
Cztery, to fakt, że muszę sobie kupić solidne zimowe buty. I to też wkurza, że w zimie nie pracuję, kasa topnieje, znów kupię tanie, które znów rozwalą mi się po paru miesiącach.
Wciąż nie mogę się przekonać do kupowania sobie PORZĄDNYCH rzeczy. Próbuję się tego uczyć od B., który woli nie mieć, niż mieć szajs. Ale jednak moje nawyki kształtowałam w sobie latami. I teraz się męczę z tym całym bałaganem w szafach, który do niczego się nie nadaje.
I znów notka kończy się tym, że jestem pognieciona i potargana. Bo z włosami to też się wiąże. Cholera. Co ja mam z tymi włosami zrobić żeby wyglądać jakoś tak... no wiecie?
No i właśnie, raz, że długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że nic specjalnego się nie działo, ani wzlotów, ani upadków. Ani depresji, ani manii. Taka jakby norma. Poza tym nie działo się nic, bo spędziłam (od ostatniego przyjazdu z Polski) bite trzy tygodnie na totalnym nieróbstwie. Czasami mi to przeszkadzało, ale chyba jednak mimo wszystko było potrzebne.
Spaliśmy do południa, potem śniadanie. Najlepsze z najlepszych, pomidory, oliwa z oliwek, czarne cierpkie oliwki, za którymi przepadam. Chrupiący biały chleb. Zielenina zżerana przeze mnie w ilościach hurtowych. Potem krótki przegląd wiadomości, drobne porządki, kawa, i już prawie był wieczór! A wieczór to gotowanie, ucztowanie, oglądanie filmów, dawanie lekcji polskiego bratu B., przy czym bywało sporo śmiechu (chociaż tak na marginesie jestem przerażona tym, jak słabo znam własny język i jak trudno wytłumaczyć go obcokrajowcowi... Raczej nie jestem zadowolona z siebie jako nauczycielki - no ale to mój życiowy debiut). I późne, bardzo późne chodzenie... spać i nie tylko :)
Uderzyło mnie że kompletnie nie wychodzimy "do ludzi". Zastanawiam się czy naprawdę tego nie potrzebuję, czy był to taki etap tylko, czy jak. Raz, że nie ma do kogo wychodzić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie że zrobiłam się niezmiernie ostra jeśli chodzi o selekcję znajomych osób. Podejrzewam że te znajome, z którymi nie chce mi się widywać (mówiąc krótko, nie moje klimaty; to że są Polkami, nie oznacza, że mam z nimi trzymać) - stwierdziły między sobą, że pewnie facet zabrania mi wychodzić do ludzi albo coś w tym rodzaju.
Najpierw mnie to drażniło, ale chyba zaczynam się uodparniać.
Odbiegłam od tematu. Tematem było, że przyjechałam do Polski. Znowu. Nie kupiłam jeszcze powrotu, bo w moim kierunku geograficznym bilety tanieją im bliżej do wylotu. Ale będę co najmniej do Sylwestra. Co oczywiście powoduje określone refleksje. Raz, ten kciuk. Dwa, ten śnieg i zimno. Trzy to cholerny wkurw który mnie ogarnia, kiedy muszę latać do Berlina a potem tłuc się tyle godzin busem do Poznania. Z tymi bagażami, z tymi torbami, bo przecież o ile moich rzeczy jest tam niewiele, o tyle wszyscy wciąż "coś chcą". Robię im te zakupy, realizuję zamówienia, a potem ręce mam przy samej ziemi. Czy to ma sens w ogóle? Nie ma to jak mieszkać poza UE, cła, cuda wianki - gdyby kraj na T. był w Unii to posłałabym paczkę albo otworzyła sklep internetowy.
Cztery, to fakt, że muszę sobie kupić solidne zimowe buty. I to też wkurza, że w zimie nie pracuję, kasa topnieje, znów kupię tanie, które znów rozwalą mi się po paru miesiącach.
Wciąż nie mogę się przekonać do kupowania sobie PORZĄDNYCH rzeczy. Próbuję się tego uczyć od B., który woli nie mieć, niż mieć szajs. Ale jednak moje nawyki kształtowałam w sobie latami. I teraz się męczę z tym całym bałaganem w szafach, który do niczego się nie nadaje.
I znów notka kończy się tym, że jestem pognieciona i potargana. Bo z włosami to też się wiąże. Cholera. Co ja mam z tymi włosami zrobić żeby wyglądać jakoś tak... no wiecie?
środa, 8 grudnia 2010
CIOTKA
No i proszę, dokładnie miesiąc po moich trzydziestych urodzinach zostaję ciocią. Okay, może nie taką oficjalną, bo to przecież nie mój mąż a chłopak, ale i tak wszyscy nazywają go moim mężem. Poza tym nie pierwszy raz ciocia, w końcu troje mojego kuzynostwa ma już dzieci.
Ale i tak są emocje, bo to pierwsze dziecko tutaj, na gruncie kraju na T. Trzeba się teraz będzie uporać z tymi wszystkimi lokalnymi obyczajami, kulturowymi różnicami i innymi tego typu wesołymi historiami z którymi mam do czynienia prawie każdego dnia.
Samym dzieckiem nie będę się musiała przejmować, bo generalnie nie robią na mnie mniejszego wrażenia. Szczególnie noworodki. Będę, jak zwykle, udawać zachwyt ;)
Wracając do uporania się, to oczywiście, jak to ja, wciąż nie pozbyłam się jakiegoś kompleksu, że muszę wszystko robić prawidłowo, zgodnie z panującymi zwyczajami. Już nie mówiąc o samym języku - teoretycznie moje otoczenie mogłoby całować mnie po rączkach, bo tak dobrze znam język i mogę ze wszystkimi nie znającymi angielskiego się dogadać. A jednak jest typowy dla mnie absurdalny kompleks, że nie mówię jak rodowici ludzie z T.
W każdym razie, pomińmy to, zostałam ciocią.
Aha, dorobiłam się kataru siennego czy też alergii na roztocza. Podpowiedział mi doktor Google i bystre koleżanki. Ależ się wściekłam. Nigdy nie miałam na nic alergii. A po trzydziestce - pach - i się zaczynają hocki. Trzeba będzie teraz prać zasłony i kołdry i nie wiem co jeszcze.
Ale i tak są emocje, bo to pierwsze dziecko tutaj, na gruncie kraju na T. Trzeba się teraz będzie uporać z tymi wszystkimi lokalnymi obyczajami, kulturowymi różnicami i innymi tego typu wesołymi historiami z którymi mam do czynienia prawie każdego dnia.
Samym dzieckiem nie będę się musiała przejmować, bo generalnie nie robią na mnie mniejszego wrażenia. Szczególnie noworodki. Będę, jak zwykle, udawać zachwyt ;)
Wracając do uporania się, to oczywiście, jak to ja, wciąż nie pozbyłam się jakiegoś kompleksu, że muszę wszystko robić prawidłowo, zgodnie z panującymi zwyczajami. Już nie mówiąc o samym języku - teoretycznie moje otoczenie mogłoby całować mnie po rączkach, bo tak dobrze znam język i mogę ze wszystkimi nie znającymi angielskiego się dogadać. A jednak jest typowy dla mnie absurdalny kompleks, że nie mówię jak rodowici ludzie z T.
W każdym razie, pomińmy to, zostałam ciocią.
Aha, dorobiłam się kataru siennego czy też alergii na roztocza. Podpowiedział mi doktor Google i bystre koleżanki. Ależ się wściekłam. Nigdy nie miałam na nic alergii. A po trzydziestce - pach - i się zaczynają hocki. Trzeba będzie teraz prać zasłony i kołdry i nie wiem co jeszcze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)