wtorek, 21 grudnia 2010

KCIUK

Nie wiedziałam że kciuk prawej ręki jest tak istotny; pewnie dlatego, że jestem leworęczna. Dzisiaj lecąc na święta do Polski przytrzasnęłam go sobie elegancko w toalecie na lotnisku w Berlinie. Dokładnie przytrzasnęłam to miejsce, gdzie się zaczyna paznokieć. Wolę nawet nie próbować opisywać koloru ani bólu jaki teraz mnie męczy - nie jestem jakąś tam królewną, ból w różnych wersjach znam dość dobrze... Ale jednak jest to zupełnie nowa jakość, której nikomu nie życzę. Nie mówiąc już o lekkiej niepełnosprawności: problemem jest wykonanie bez piszczenia z bólu wielu wydawałoby się prostych domowych czy osobistych czynności jak np. odpięcie guzika... Cholera.

No i właśnie, raz, że długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że nic specjalnego się nie działo, ani wzlotów, ani upadków. Ani depresji, ani manii. Taka jakby norma. Poza tym nie działo się nic, bo spędziłam (od ostatniego przyjazdu z Polski) bite trzy tygodnie na totalnym nieróbstwie. Czasami mi to przeszkadzało, ale chyba jednak mimo wszystko było potrzebne.
Spaliśmy do południa, potem śniadanie. Najlepsze z najlepszych, pomidory, oliwa z oliwek, czarne cierpkie oliwki, za którymi przepadam. Chrupiący biały chleb. Zielenina zżerana przeze mnie w ilościach hurtowych. Potem krótki przegląd wiadomości, drobne porządki, kawa, i już prawie był wieczór! A wieczór to gotowanie, ucztowanie, oglądanie filmów, dawanie lekcji polskiego bratu B., przy czym bywało sporo śmiechu (chociaż tak na marginesie jestem przerażona tym, jak słabo znam własny język i jak trudno wytłumaczyć go obcokrajowcowi... Raczej nie jestem zadowolona z siebie jako nauczycielki - no ale to mój życiowy debiut). I późne, bardzo późne chodzenie... spać i nie tylko :)
Uderzyło mnie że kompletnie nie wychodzimy "do ludzi". Zastanawiam się czy naprawdę tego nie potrzebuję, czy był to taki etap tylko, czy jak. Raz, że nie ma do kogo wychodzić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie że zrobiłam się niezmiernie ostra jeśli chodzi o selekcję znajomych osób. Podejrzewam że te znajome, z którymi nie chce mi się widywać (mówiąc krótko, nie moje klimaty; to że są Polkami, nie oznacza, że mam z nimi trzymać) - stwierdziły między sobą, że pewnie facet zabrania mi wychodzić do ludzi albo coś w tym rodzaju.

Najpierw mnie to drażniło, ale chyba zaczynam się uodparniać.

Odbiegłam od tematu. Tematem było, że przyjechałam do Polski. Znowu. Nie kupiłam jeszcze powrotu, bo w moim kierunku geograficznym bilety tanieją im bliżej do wylotu. Ale będę co najmniej do Sylwestra. Co oczywiście powoduje określone refleksje. Raz, ten kciuk. Dwa, ten śnieg i zimno. Trzy to cholerny wkurw który mnie ogarnia, kiedy muszę latać do Berlina a potem tłuc się tyle godzin busem do Poznania. Z tymi bagażami, z tymi torbami, bo przecież o ile moich rzeczy jest tam niewiele, o tyle wszyscy wciąż "coś chcą". Robię im te zakupy, realizuję zamówienia, a potem ręce mam przy samej ziemi. Czy to ma sens w ogóle? Nie ma to jak mieszkać poza UE, cła, cuda wianki - gdyby kraj na T. był w Unii to posłałabym paczkę albo otworzyła sklep internetowy.
Cztery, to fakt, że muszę sobie kupić solidne zimowe buty. I to też wkurza, że w zimie nie pracuję, kasa topnieje, znów kupię tanie, które znów rozwalą mi się po paru miesiącach.

Wciąż nie mogę się przekonać do kupowania sobie PORZĄDNYCH rzeczy. Próbuję się tego uczyć od B., który woli nie mieć, niż mieć szajs. Ale jednak moje nawyki kształtowałam w sobie latami. I teraz się męczę z tym całym bałaganem w szafach, który do niczego się nie nadaje.
I znów notka kończy się tym, że jestem pognieciona i potargana. Bo z włosami to też się wiąże. Cholera. Co ja mam z tymi włosami zrobić żeby wyglądać jakoś tak... no wiecie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz