Kombinacje - sracje. Święta świętami, wszystko fajnie, ale jedno jest jasne: trzeba czasowo zawiesić tego bloga. Zmiana adresu nie pomogła. Ja po prostu nie mam natchnienia, a tak prawdę mówiąc, nie mam motywacji, żeby go pisać. Jak już coś napiszę, dociera do mnie, że w ogóle nie o to chodziło. Uświadomilam to sobie jakiś czas temu, ale nie zrobiłam nic, by to zmienić.
Wyjałowiłam się. Najpierw myślałam, że to przez wykańczającą pracę. Potem, że przez faceta, że niby szczęśliwe związki nie idą w parze z kreatywnym blogowaniem, pisaniem, fotografowaniem. Potem, że to przez wszystko po trochu. Wciąż jest jakiś winowajca.
Prawda jest brutalna: rozleniwiłam się i już. Jestem nudna, mało twórcza.
Czytam mało fajnych książek, robię mało fajnych rzeczy, nie słucham fajnej muzyki. Nie odkrywam, nie rozwijam się, nie szukam. Zastygłam w swoim szczęściu, w celebracji prostego życia, ale teraz mnie boli nieco, swędzi mnie trochę dusza. Że szczęście szczęściem, ale jednak czegoś brakuje.
Nawet zwykłego papierowego pamiętnika nie piszę (a kiedyś pisałam). Chwilowo nie wiem, co chcę pisać i jak. Jednak drugi, prężnie rozwijający się blog, to zupełnie inna bajka. Tam się rusza i skrzy. Nie mówiąc już o książce, która prawie skończona. Projektów na potem cała masa. Moje życie zaczęło się kręcić wokół kraju na T., moja tożsamość zmienia się pod wpływem emigracji, dlatego nie potrafię odnaleźć pomysłu na pisanie tutaj. A to z powodu mojego wyjałowienia. Pomysłów znalazłoby się sporo, na pewno - ale muszę je w sobie rozbudzić. Jak to mówi moja mama, "dać sobie szansę".
A najpierw - dać sobie czas.
Powrócę więc na pewno - ale w nowym wcieleniu. Może jutro, może za miesiąc, może pół roku. W tej chwili nie jestem w stanie przewidzieć, co mi strzeli do łba. Bo w to, że strzeli - absolutnie nie wątpię.
I tym optymistycznym akcentem - c.d.n.
czyli jak to jest prowadzić życie pomiędzy dwoma krajami, kulturami, i więcej niż dwoma walizkami
niedziela, 26 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
KCIUK
Nie wiedziałam że kciuk prawej ręki jest tak istotny; pewnie dlatego, że jestem leworęczna. Dzisiaj lecąc na święta do Polski przytrzasnęłam go sobie elegancko w toalecie na lotnisku w Berlinie. Dokładnie przytrzasnęłam to miejsce, gdzie się zaczyna paznokieć. Wolę nawet nie próbować opisywać koloru ani bólu jaki teraz mnie męczy - nie jestem jakąś tam królewną, ból w różnych wersjach znam dość dobrze... Ale jednak jest to zupełnie nowa jakość, której nikomu nie życzę. Nie mówiąc już o lekkiej niepełnosprawności: problemem jest wykonanie bez piszczenia z bólu wielu wydawałoby się prostych domowych czy osobistych czynności jak np. odpięcie guzika... Cholera.
No i właśnie, raz, że długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że nic specjalnego się nie działo, ani wzlotów, ani upadków. Ani depresji, ani manii. Taka jakby norma. Poza tym nie działo się nic, bo spędziłam (od ostatniego przyjazdu z Polski) bite trzy tygodnie na totalnym nieróbstwie. Czasami mi to przeszkadzało, ale chyba jednak mimo wszystko było potrzebne.
Spaliśmy do południa, potem śniadanie. Najlepsze z najlepszych, pomidory, oliwa z oliwek, czarne cierpkie oliwki, za którymi przepadam. Chrupiący biały chleb. Zielenina zżerana przeze mnie w ilościach hurtowych. Potem krótki przegląd wiadomości, drobne porządki, kawa, i już prawie był wieczór! A wieczór to gotowanie, ucztowanie, oglądanie filmów, dawanie lekcji polskiego bratu B., przy czym bywało sporo śmiechu (chociaż tak na marginesie jestem przerażona tym, jak słabo znam własny język i jak trudno wytłumaczyć go obcokrajowcowi... Raczej nie jestem zadowolona z siebie jako nauczycielki - no ale to mój życiowy debiut). I późne, bardzo późne chodzenie... spać i nie tylko :)
Uderzyło mnie że kompletnie nie wychodzimy "do ludzi". Zastanawiam się czy naprawdę tego nie potrzebuję, czy był to taki etap tylko, czy jak. Raz, że nie ma do kogo wychodzić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie że zrobiłam się niezmiernie ostra jeśli chodzi o selekcję znajomych osób. Podejrzewam że te znajome, z którymi nie chce mi się widywać (mówiąc krótko, nie moje klimaty; to że są Polkami, nie oznacza, że mam z nimi trzymać) - stwierdziły między sobą, że pewnie facet zabrania mi wychodzić do ludzi albo coś w tym rodzaju.
Najpierw mnie to drażniło, ale chyba zaczynam się uodparniać.
Odbiegłam od tematu. Tematem było, że przyjechałam do Polski. Znowu. Nie kupiłam jeszcze powrotu, bo w moim kierunku geograficznym bilety tanieją im bliżej do wylotu. Ale będę co najmniej do Sylwestra. Co oczywiście powoduje określone refleksje. Raz, ten kciuk. Dwa, ten śnieg i zimno. Trzy to cholerny wkurw który mnie ogarnia, kiedy muszę latać do Berlina a potem tłuc się tyle godzin busem do Poznania. Z tymi bagażami, z tymi torbami, bo przecież o ile moich rzeczy jest tam niewiele, o tyle wszyscy wciąż "coś chcą". Robię im te zakupy, realizuję zamówienia, a potem ręce mam przy samej ziemi. Czy to ma sens w ogóle? Nie ma to jak mieszkać poza UE, cła, cuda wianki - gdyby kraj na T. był w Unii to posłałabym paczkę albo otworzyła sklep internetowy.
Cztery, to fakt, że muszę sobie kupić solidne zimowe buty. I to też wkurza, że w zimie nie pracuję, kasa topnieje, znów kupię tanie, które znów rozwalą mi się po paru miesiącach.
Wciąż nie mogę się przekonać do kupowania sobie PORZĄDNYCH rzeczy. Próbuję się tego uczyć od B., który woli nie mieć, niż mieć szajs. Ale jednak moje nawyki kształtowałam w sobie latami. I teraz się męczę z tym całym bałaganem w szafach, który do niczego się nie nadaje.
I znów notka kończy się tym, że jestem pognieciona i potargana. Bo z włosami to też się wiąże. Cholera. Co ja mam z tymi włosami zrobić żeby wyglądać jakoś tak... no wiecie?
No i właśnie, raz, że długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że nic specjalnego się nie działo, ani wzlotów, ani upadków. Ani depresji, ani manii. Taka jakby norma. Poza tym nie działo się nic, bo spędziłam (od ostatniego przyjazdu z Polski) bite trzy tygodnie na totalnym nieróbstwie. Czasami mi to przeszkadzało, ale chyba jednak mimo wszystko było potrzebne.
Spaliśmy do południa, potem śniadanie. Najlepsze z najlepszych, pomidory, oliwa z oliwek, czarne cierpkie oliwki, za którymi przepadam. Chrupiący biały chleb. Zielenina zżerana przeze mnie w ilościach hurtowych. Potem krótki przegląd wiadomości, drobne porządki, kawa, i już prawie był wieczór! A wieczór to gotowanie, ucztowanie, oglądanie filmów, dawanie lekcji polskiego bratu B., przy czym bywało sporo śmiechu (chociaż tak na marginesie jestem przerażona tym, jak słabo znam własny język i jak trudno wytłumaczyć go obcokrajowcowi... Raczej nie jestem zadowolona z siebie jako nauczycielki - no ale to mój życiowy debiut). I późne, bardzo późne chodzenie... spać i nie tylko :)
Uderzyło mnie że kompletnie nie wychodzimy "do ludzi". Zastanawiam się czy naprawdę tego nie potrzebuję, czy był to taki etap tylko, czy jak. Raz, że nie ma do kogo wychodzić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie że zrobiłam się niezmiernie ostra jeśli chodzi o selekcję znajomych osób. Podejrzewam że te znajome, z którymi nie chce mi się widywać (mówiąc krótko, nie moje klimaty; to że są Polkami, nie oznacza, że mam z nimi trzymać) - stwierdziły między sobą, że pewnie facet zabrania mi wychodzić do ludzi albo coś w tym rodzaju.
Najpierw mnie to drażniło, ale chyba zaczynam się uodparniać.
Odbiegłam od tematu. Tematem było, że przyjechałam do Polski. Znowu. Nie kupiłam jeszcze powrotu, bo w moim kierunku geograficznym bilety tanieją im bliżej do wylotu. Ale będę co najmniej do Sylwestra. Co oczywiście powoduje określone refleksje. Raz, ten kciuk. Dwa, ten śnieg i zimno. Trzy to cholerny wkurw który mnie ogarnia, kiedy muszę latać do Berlina a potem tłuc się tyle godzin busem do Poznania. Z tymi bagażami, z tymi torbami, bo przecież o ile moich rzeczy jest tam niewiele, o tyle wszyscy wciąż "coś chcą". Robię im te zakupy, realizuję zamówienia, a potem ręce mam przy samej ziemi. Czy to ma sens w ogóle? Nie ma to jak mieszkać poza UE, cła, cuda wianki - gdyby kraj na T. był w Unii to posłałabym paczkę albo otworzyła sklep internetowy.
Cztery, to fakt, że muszę sobie kupić solidne zimowe buty. I to też wkurza, że w zimie nie pracuję, kasa topnieje, znów kupię tanie, które znów rozwalą mi się po paru miesiącach.
Wciąż nie mogę się przekonać do kupowania sobie PORZĄDNYCH rzeczy. Próbuję się tego uczyć od B., który woli nie mieć, niż mieć szajs. Ale jednak moje nawyki kształtowałam w sobie latami. I teraz się męczę z tym całym bałaganem w szafach, który do niczego się nie nadaje.
I znów notka kończy się tym, że jestem pognieciona i potargana. Bo z włosami to też się wiąże. Cholera. Co ja mam z tymi włosami zrobić żeby wyglądać jakoś tak... no wiecie?
środa, 8 grudnia 2010
CIOTKA
No i proszę, dokładnie miesiąc po moich trzydziestych urodzinach zostaję ciocią. Okay, może nie taką oficjalną, bo to przecież nie mój mąż a chłopak, ale i tak wszyscy nazywają go moim mężem. Poza tym nie pierwszy raz ciocia, w końcu troje mojego kuzynostwa ma już dzieci.
Ale i tak są emocje, bo to pierwsze dziecko tutaj, na gruncie kraju na T. Trzeba się teraz będzie uporać z tymi wszystkimi lokalnymi obyczajami, kulturowymi różnicami i innymi tego typu wesołymi historiami z którymi mam do czynienia prawie każdego dnia.
Samym dzieckiem nie będę się musiała przejmować, bo generalnie nie robią na mnie mniejszego wrażenia. Szczególnie noworodki. Będę, jak zwykle, udawać zachwyt ;)
Wracając do uporania się, to oczywiście, jak to ja, wciąż nie pozbyłam się jakiegoś kompleksu, że muszę wszystko robić prawidłowo, zgodnie z panującymi zwyczajami. Już nie mówiąc o samym języku - teoretycznie moje otoczenie mogłoby całować mnie po rączkach, bo tak dobrze znam język i mogę ze wszystkimi nie znającymi angielskiego się dogadać. A jednak jest typowy dla mnie absurdalny kompleks, że nie mówię jak rodowici ludzie z T.
W każdym razie, pomińmy to, zostałam ciocią.
Aha, dorobiłam się kataru siennego czy też alergii na roztocza. Podpowiedział mi doktor Google i bystre koleżanki. Ależ się wściekłam. Nigdy nie miałam na nic alergii. A po trzydziestce - pach - i się zaczynają hocki. Trzeba będzie teraz prać zasłony i kołdry i nie wiem co jeszcze.
Ale i tak są emocje, bo to pierwsze dziecko tutaj, na gruncie kraju na T. Trzeba się teraz będzie uporać z tymi wszystkimi lokalnymi obyczajami, kulturowymi różnicami i innymi tego typu wesołymi historiami z którymi mam do czynienia prawie każdego dnia.
Samym dzieckiem nie będę się musiała przejmować, bo generalnie nie robią na mnie mniejszego wrażenia. Szczególnie noworodki. Będę, jak zwykle, udawać zachwyt ;)
Wracając do uporania się, to oczywiście, jak to ja, wciąż nie pozbyłam się jakiegoś kompleksu, że muszę wszystko robić prawidłowo, zgodnie z panującymi zwyczajami. Już nie mówiąc o samym języku - teoretycznie moje otoczenie mogłoby całować mnie po rączkach, bo tak dobrze znam język i mogę ze wszystkimi nie znającymi angielskiego się dogadać. A jednak jest typowy dla mnie absurdalny kompleks, że nie mówię jak rodowici ludzie z T.
W każdym razie, pomińmy to, zostałam ciocią.
Aha, dorobiłam się kataru siennego czy też alergii na roztocza. Podpowiedział mi doktor Google i bystre koleżanki. Ależ się wściekłam. Nigdy nie miałam na nic alergii. A po trzydziestce - pach - i się zaczynają hocki. Trzeba będzie teraz prać zasłony i kołdry i nie wiem co jeszcze.
poniedziałek, 29 listopada 2010
o ogniu
Zawsze sie dziwiłam, co ludzie widzą w seksie. Tak jak to w którymś odcinku "Ally McBeal" ujęła Ling, że jest to "babranina". Dokładnie tak myślałam do 28 roku życia. Co nie jest trudne zważywszy na to, że do 26 roku życia byłam zaprzysięgłą żelazną dziewicą a potem przespałam się z pierwszym facetem, w którym się zakochałam i który nie miał nic przeciwko wykorzystaniu mnie. Był to P. (znany starym czytelnikom). Byłam w pełni świadoma tego, że to do niczego nie prowadzi, ale już miałam dość celibatu. Oczywiście chory związek z P. tylko potwierdził moje przekonania na temat tej dziedziny życia. Nic specjalnego. Co oni w tym widzą.
A potem, kiedy znów (po porażce z P., który zabrał mi 2 lata z życiorysu, właściwie sama dałam sobie zabrać), poprzysięgłam sobie radosne singielstwo i celibat, miałam piękny sen. I po tym śnie poznałam B. Po powrocie do domu otworzyłam gg i napisałam do mojego brata, że oto poznałam swojego przyszłego męża. Brzmiało to dziwnie, bo nawet nie wiedziałam czy ma dziewczynę, czy jest mną zainteresowany, ledwo się porozumiewaliśmy językowo. Nie mówiąc już o tym, że jestem wrogiem małżeństwa, i nie mówiąc już o tym, że dopiero co obcięłam włosy po fatalnym półroczu mojego życia (noga w gipsie, wycięcie migdałków, utrata zleceń, bezrobocie, brak forsy, i tak dalej), i czułam się bardzo brzydka. Celowo zresztą wyjeżdżając do T. nie wzięłam żadnej ładnej bielizny, fajnych ciuchów - chciałam pozostać z dala od wszelkich mężczyzn.
I nagle bum.
Po 2 tygodniach znajomości po prostu zaciągnęłam go do łóżka pod hasłem "Wejdziesz na górę obejrzeć moje nowe mieszkanie?". Wcześniej codziennie trując o tym, że szukam poważnego związku, i że ja jestem z tych dobrze prowadzących się. B. powiedział mi potem, że był pewien, że będzie za mną łaził dobrych parę miesięcy.
Nie ma to jak damska konsekwencja.
No i do jasnej cholery, od tego czasu, bez grubej przesady powiem, że dokładnie wszystko w moim życiu się zmieniło. A najbardziej ja się zmieniłam, o czym świadczy zwiększona ilość pseudonatchnionego trucia na tym blogu. W każdym razie zmierzam to tego, że jestem totalnie tradycyjną osobą - poza tym zaciągnięciem do łóżka wtedy - i że dla mnie spanie z kimś bezwzględnie łączy się z uczuciem. I dobrze, że miałam poprzedniego partnera P. - bo widzę różnicę i potrafię docenić to, co mam teraz.
Teraz za każdym razem dziwię się, że spanie z kimś może być tak fajne. A jest, bo jest ogień. Nie umiem tego inaczej nazwać. Minęło 2,5 roku bardzo ścisłego związku (z pomieszkiwaniem razem, niewielkimi okresami rozłąki), i wbrew moim obawom, że się w końcu znudzi, nie nudzi się.
Dlatego... nie wiem jakie miały być wnioski, ale zarumieniłam się. Takie miałam refleksje wczoraj. Bo od piątku znów tu jestem. To znaczy nie w Polsce, tylko w T. Jakby to powiedzieć: w domu.
A potem, kiedy znów (po porażce z P., który zabrał mi 2 lata z życiorysu, właściwie sama dałam sobie zabrać), poprzysięgłam sobie radosne singielstwo i celibat, miałam piękny sen. I po tym śnie poznałam B. Po powrocie do domu otworzyłam gg i napisałam do mojego brata, że oto poznałam swojego przyszłego męża. Brzmiało to dziwnie, bo nawet nie wiedziałam czy ma dziewczynę, czy jest mną zainteresowany, ledwo się porozumiewaliśmy językowo. Nie mówiąc już o tym, że jestem wrogiem małżeństwa, i nie mówiąc już o tym, że dopiero co obcięłam włosy po fatalnym półroczu mojego życia (noga w gipsie, wycięcie migdałków, utrata zleceń, bezrobocie, brak forsy, i tak dalej), i czułam się bardzo brzydka. Celowo zresztą wyjeżdżając do T. nie wzięłam żadnej ładnej bielizny, fajnych ciuchów - chciałam pozostać z dala od wszelkich mężczyzn.
I nagle bum.
Po 2 tygodniach znajomości po prostu zaciągnęłam go do łóżka pod hasłem "Wejdziesz na górę obejrzeć moje nowe mieszkanie?". Wcześniej codziennie trując o tym, że szukam poważnego związku, i że ja jestem z tych dobrze prowadzących się. B. powiedział mi potem, że był pewien, że będzie za mną łaził dobrych parę miesięcy.
Nie ma to jak damska konsekwencja.
No i do jasnej cholery, od tego czasu, bez grubej przesady powiem, że dokładnie wszystko w moim życiu się zmieniło. A najbardziej ja się zmieniłam, o czym świadczy zwiększona ilość pseudonatchnionego trucia na tym blogu. W każdym razie zmierzam to tego, że jestem totalnie tradycyjną osobą - poza tym zaciągnięciem do łóżka wtedy - i że dla mnie spanie z kimś bezwzględnie łączy się z uczuciem. I dobrze, że miałam poprzedniego partnera P. - bo widzę różnicę i potrafię docenić to, co mam teraz.
Teraz za każdym razem dziwię się, że spanie z kimś może być tak fajne. A jest, bo jest ogień. Nie umiem tego inaczej nazwać. Minęło 2,5 roku bardzo ścisłego związku (z pomieszkiwaniem razem, niewielkimi okresami rozłąki), i wbrew moim obawom, że się w końcu znudzi, nie nudzi się.
Dlatego... nie wiem jakie miały być wnioski, ale zarumieniłam się. Takie miałam refleksje wczoraj. Bo od piątku znów tu jestem. To znaczy nie w Polsce, tylko w T. Jakby to powiedzieć: w domu.
środa, 24 listopada 2010
POLSKO MOJA
Z odległości 3 tysięcy kilometrów naprawdę lubię Polskę. I się roztkliwiam, i tęsknię, i celebruję (ale nie w takim polonijnym stylu disco polo, brońcie bogowie). I naprawdę dumna jestem z mojego pochodzenia. Denerwują mnie osoby, które mówią:
a) że za wszelką cenę chciałyby wyjechać z Polski, bo one tu żyć nie potrafią (naiwniacy. Nigdzie się nie da żyć. Raj jest tylko w niebie).
b) że kochają jakiś tam kraj X, że one są jego fanami. I są tak bardzo, że słuchają tylko muzyki z kraju X, mówią tylko o kraju X, i nie przyjmują żadnej krytyki pod adresem kraju na X (jeszcze większa naiwność, patrz punkt a).
Przeszłam wszelkie etapy fascynacji krajem na T., więc doskonale wiem o czym mówię. Od bezwstydnego zauroczenia, poprzez skrupulatne poznawanie, skończywszy na wściekłym buncie. A teraz, z czasem, zaczynam osiągać względną normę. Zarówno o Polsce, jak i kraju na T., mówię to samo: bez przesadnego, chorego błysku w oku, raczej z łagodną sympatią, która w pewnych sytuacjach przechodzi we wściekły bunt pod hasłem: "dlaczego do kury nędzy musi tak być". Ale takie stany mają to do siebie, że mijają wraz z najbliższym PMS-em.
A teraz jestem w Polsce. Pobyt celowo krótki, bo 10 dniowy, cały podporządkowany moim okrągłym urodzinom i tęsknocie, która narosła przez te 6,5 miesiąca nieobecności w ojczyźnie.
I co? Jak obuchem w łeb. Okazuje się, że życie za granicą naprawdę zmienia perspektywę. Przestałam tolerować polską chorą miłość do alkoholu - wcześniej nie tolerowałam, ale z powodów osobistych. Teraz nie toleruję, bo widzę że fajnie, jak się imprezy kręcą wokół innego tematu. Że to, kurcze, możliwe jest.
Druga sprawa to, przepraszam, że wchodzę w takie tematy na moim słodkim różowym bloczq, ale nie mogę już. A więc druga sprawa, to pieprzeni złodzieje. Którzy kradną po prostu wszystko jak leci. Doświadczenie sprzed paru dni: kradną nawet prąd. Kable, kabelki, wszelkie żelastwa, wszystko, co się da. A co więcej, są kompletnie bezkarni. Człowiek przez takie akcje musi pracować bez prądu, po ziemku, w zimnie (bo przecież mamy +2 stopnie), ale naprawdę nikogo to nie obchodzi.
W kraju na T. dwukrotnie zgubiłam komórkę w miejscu publicznym i dwukrotnie znalazłam. Bez problemu. Poza tym tam właściciele kawiarni zostawiają na noc krzesełka, stoliczki, a obrusiki zbierają tylko ze względu na możliwy wiatr. W kraju na T. jak widzę nowo zainstalowaną siłownię na otwartym powietrzu, albo budkę telefoniczną, albo samoobsługową wypożyczalnię rowerów, odruchowo myślę: ciekawe, kiedy ktoś to zniszczy.
I nic.
Nikt nie niszczy.
Podejrzewam, że nikt poza mną nawet na taką myśl nie wpadł.
Czyli jednak można.
a) że za wszelką cenę chciałyby wyjechać z Polski, bo one tu żyć nie potrafią (naiwniacy. Nigdzie się nie da żyć. Raj jest tylko w niebie).
b) że kochają jakiś tam kraj X, że one są jego fanami. I są tak bardzo, że słuchają tylko muzyki z kraju X, mówią tylko o kraju X, i nie przyjmują żadnej krytyki pod adresem kraju na X (jeszcze większa naiwność, patrz punkt a).
Przeszłam wszelkie etapy fascynacji krajem na T., więc doskonale wiem o czym mówię. Od bezwstydnego zauroczenia, poprzez skrupulatne poznawanie, skończywszy na wściekłym buncie. A teraz, z czasem, zaczynam osiągać względną normę. Zarówno o Polsce, jak i kraju na T., mówię to samo: bez przesadnego, chorego błysku w oku, raczej z łagodną sympatią, która w pewnych sytuacjach przechodzi we wściekły bunt pod hasłem: "dlaczego do kury nędzy musi tak być". Ale takie stany mają to do siebie, że mijają wraz z najbliższym PMS-em.
A teraz jestem w Polsce. Pobyt celowo krótki, bo 10 dniowy, cały podporządkowany moim okrągłym urodzinom i tęsknocie, która narosła przez te 6,5 miesiąca nieobecności w ojczyźnie.
I co? Jak obuchem w łeb. Okazuje się, że życie za granicą naprawdę zmienia perspektywę. Przestałam tolerować polską chorą miłość do alkoholu - wcześniej nie tolerowałam, ale z powodów osobistych. Teraz nie toleruję, bo widzę że fajnie, jak się imprezy kręcą wokół innego tematu. Że to, kurcze, możliwe jest.
Druga sprawa to, przepraszam, że wchodzę w takie tematy na moim słodkim różowym bloczq, ale nie mogę już. A więc druga sprawa, to pieprzeni złodzieje. Którzy kradną po prostu wszystko jak leci. Doświadczenie sprzed paru dni: kradną nawet prąd. Kable, kabelki, wszelkie żelastwa, wszystko, co się da. A co więcej, są kompletnie bezkarni. Człowiek przez takie akcje musi pracować bez prądu, po ziemku, w zimnie (bo przecież mamy +2 stopnie), ale naprawdę nikogo to nie obchodzi.
W kraju na T. dwukrotnie zgubiłam komórkę w miejscu publicznym i dwukrotnie znalazłam. Bez problemu. Poza tym tam właściciele kawiarni zostawiają na noc krzesełka, stoliczki, a obrusiki zbierają tylko ze względu na możliwy wiatr. W kraju na T. jak widzę nowo zainstalowaną siłownię na otwartym powietrzu, albo budkę telefoniczną, albo samoobsługową wypożyczalnię rowerów, odruchowo myślę: ciekawe, kiedy ktoś to zniszczy.
I nic.
Nikt nie niszczy.
Podejrzewam, że nikt poza mną nawet na taką myśl nie wpadł.
Czyli jednak można.
niedziela, 21 listopada 2010
URODZINOWE WIERSZYKI
1. Jakby co, komentowanie już jest odblokowane (czytaj: dostępne dla wszystkich).
2. Miałam dziś w domu rodzinną imprezę urodzinową, fantastyczną. Śmiechy, chichy, wygłupy. Klasyk. Dużo na stole, dużo do powiedzenia. Ani słowa o polityce i ani kropli alkoholu. Nie, niespecjalnie - samo tak wychodzi.
3. Moja mama napisała dla mnie urodzinowy wierszyk - taka rodzinna tradycja. Zawsze sobie piszemy: siostra bratu, ciocia wujkowi, matki dzieciom. Piękna sprawa. Łzy w oczach, tylko nie wiem - ze śmiechu czy wzruszenia. Mam wyjątkową rodzinę, przyznaję bez bicia, że to najważniejszy powód mojego przyjeżdżania tutaj. Chcę nimi nasiąkać, chcę z nimi być. Nie za często :) ale regularnie.
4. Dla kontrastu w sobotę urodzinowe spotkanie w knajpie ze znajomymi. Z tak zwaną "ekipą", znaną od lat. Z niektórymi nawet od dziecka. Bawiliśmy się świetnie, dostałam (jak oczekiwałam) znakomite, tanie, zupełnie odjazdowe prezenty. Od tak zwanej czapy. Zastrzegłam: żadnych kwiatów, żadnego wykosztowywania się. A teraz będą refleksje:
Każda impreza ma taki punkt krytyczny. Po jego osiągnięciu zabawa stopniowo wygasa i przemienia się w pijackie głupawki. Można w tym uczestniczyć i siedzieć do rana. A można zwinąć się do domu. Od kilku lat praktykuję tą drugą opcję. Jestem najwyraźniej strasznie spokojnym człowiekiem - o tym świadczy moje tętno (niskie), ciśnienie (bardzo niskie), i wbudowany tak zwany flegmatyzm. Lubię wygłupy, śmiechy, kwiki, przebieranki i cięte riposty - ale nie bez ograniczeń. Lubię też pić piwo i być na tak zwanym rauszu - ale też nie do przesady. To powoduje, że zaczynam się gubić, kiedy przyjeżdżam do Polski. Tu jest wszystko tak inne, niż w kraju na T. Inna kultura picia, imprezowania. Obserwowałam tabuny pijanych ludzi na ulicy, potłuczone szkło, rzucane wszędzie przekleństwa, dziki tłum. W klubach to samo. No nie, zabijcie mnie - ale naprawdę mnie to nie kręci.
I jeszcze coś: uświadomiłam sobie, że kiedyś, w wieku nastoletnim, albo potem, aż do momentu poznania B. - cały czas będąc singielką przecież - chodziłam na te imprezy, spotkania, z zakamuflowanym jednym jedynym powodem. To była akcja: POZNAĆ FACETA. Zakochać się. Oszaleć. Akcja ta czasami kończyła się drobnymi sukcesami, dlatego kontynuowałam ją przez lata. Zostawałam na imprezach do końca. Bo przecież pod koniec, po pijaku, człowiek pozwala sobie na więcej... szczerości? W każdym razie, byłam wytrwała. Organizowałam przecież regularne piwkowe zebrania, po to by spotkać się z obiektem mojego zauroczenia. I tak dalej.
Odkąd mam stałego chłopca - jak ręką odjął! Przestałam! Różnica jest zauważalna gołym okiem. Już się nie zmuszam, nie czuję odpowiedniej motywacji. Chcę się napić - owszem, porozmawiać - z dziką chęcią, powygłupiać - jak najbardziej. Ale kiedy dostrzegam, że impreza osiąga punkt krytyczny - zawijam się i lecę. I jestem szczęśliwa.
Wczoraj z powodu takiego "zawijania" się dostałam po uszach od starych znajomych. Dziwnie było zrozumieć, że oni o niczym nie wiedzą - mimo tylu lat stażu. Dziwnie sobie uświadomić, że ludzie z którymi wypiło się wspólnie ogromną ilość piw, i spędziło się ogromną ilość godzin w zadymionych pomieszczeniach... po prostu mnie nie znają.
2. Miałam dziś w domu rodzinną imprezę urodzinową, fantastyczną. Śmiechy, chichy, wygłupy. Klasyk. Dużo na stole, dużo do powiedzenia. Ani słowa o polityce i ani kropli alkoholu. Nie, niespecjalnie - samo tak wychodzi.
3. Moja mama napisała dla mnie urodzinowy wierszyk - taka rodzinna tradycja. Zawsze sobie piszemy: siostra bratu, ciocia wujkowi, matki dzieciom. Piękna sprawa. Łzy w oczach, tylko nie wiem - ze śmiechu czy wzruszenia. Mam wyjątkową rodzinę, przyznaję bez bicia, że to najważniejszy powód mojego przyjeżdżania tutaj. Chcę nimi nasiąkać, chcę z nimi być. Nie za często :) ale regularnie.
4. Dla kontrastu w sobotę urodzinowe spotkanie w knajpie ze znajomymi. Z tak zwaną "ekipą", znaną od lat. Z niektórymi nawet od dziecka. Bawiliśmy się świetnie, dostałam (jak oczekiwałam) znakomite, tanie, zupełnie odjazdowe prezenty. Od tak zwanej czapy. Zastrzegłam: żadnych kwiatów, żadnego wykosztowywania się. A teraz będą refleksje:
Każda impreza ma taki punkt krytyczny. Po jego osiągnięciu zabawa stopniowo wygasa i przemienia się w pijackie głupawki. Można w tym uczestniczyć i siedzieć do rana. A można zwinąć się do domu. Od kilku lat praktykuję tą drugą opcję. Jestem najwyraźniej strasznie spokojnym człowiekiem - o tym świadczy moje tętno (niskie), ciśnienie (bardzo niskie), i wbudowany tak zwany flegmatyzm. Lubię wygłupy, śmiechy, kwiki, przebieranki i cięte riposty - ale nie bez ograniczeń. Lubię też pić piwo i być na tak zwanym rauszu - ale też nie do przesady. To powoduje, że zaczynam się gubić, kiedy przyjeżdżam do Polski. Tu jest wszystko tak inne, niż w kraju na T. Inna kultura picia, imprezowania. Obserwowałam tabuny pijanych ludzi na ulicy, potłuczone szkło, rzucane wszędzie przekleństwa, dziki tłum. W klubach to samo. No nie, zabijcie mnie - ale naprawdę mnie to nie kręci.
I jeszcze coś: uświadomiłam sobie, że kiedyś, w wieku nastoletnim, albo potem, aż do momentu poznania B. - cały czas będąc singielką przecież - chodziłam na te imprezy, spotkania, z zakamuflowanym jednym jedynym powodem. To była akcja: POZNAĆ FACETA. Zakochać się. Oszaleć. Akcja ta czasami kończyła się drobnymi sukcesami, dlatego kontynuowałam ją przez lata. Zostawałam na imprezach do końca. Bo przecież pod koniec, po pijaku, człowiek pozwala sobie na więcej... szczerości? W każdym razie, byłam wytrwała. Organizowałam przecież regularne piwkowe zebrania, po to by spotkać się z obiektem mojego zauroczenia. I tak dalej.
Odkąd mam stałego chłopca - jak ręką odjął! Przestałam! Różnica jest zauważalna gołym okiem. Już się nie zmuszam, nie czuję odpowiedniej motywacji. Chcę się napić - owszem, porozmawiać - z dziką chęcią, powygłupiać - jak najbardziej. Ale kiedy dostrzegam, że impreza osiąga punkt krytyczny - zawijam się i lecę. I jestem szczęśliwa.
Wczoraj z powodu takiego "zawijania" się dostałam po uszach od starych znajomych. Dziwnie było zrozumieć, że oni o niczym nie wiedzą - mimo tylu lat stażu. Dziwnie sobie uświadomić, że ludzie z którymi wypiło się wspólnie ogromną ilość piw, i spędziło się ogromną ilość godzin w zadymionych pomieszczeniach... po prostu mnie nie znają.
piątek, 19 listopada 2010
Osiem lat bez trzech dni
Tyle już bloguję. Osiem lat. Pod różnymi adresami, pseudonimami. Z rozmaitymi pomysłami. Jedne bardziej udane, inne mniej. Jedne czytane przez wiernych, nie bójmy się tego słowa, fanów. Ba, wyznawców nawet (samej mi się nie chce wierzyć - nie przesadzam). Inne nudnawe, słabe, w końcu zapomniane.
Bloguję jakoś podejrzanie wytrwale. Raz, że strasznie lubię wywlekać wszystkie swoje myśli, po kolei je nazywać, obracać na papierze, analizować. Dwa, że kocham pisać. Pisanie jest we mnie, jestem pisaniem. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania, jakkolwiek grafomańsko to brzmi. A trzy - że odkąd przeczytałam o "archiwizacji egzystencji" u Marii Janion, wiem, że to jest to właśnie. Jestem ogarnięta archiwizacją egzystencji, lękiem przed zapomnieniem. Muszę mieć wszystko zanotowane, włożone za okładkę kalendarzyka. Mówiąc krótko - lubię śmieci.
Co jakiś czas - co roku, na Sylwestra, albo na urodziny (lubię tak zwane specjalne okazje, żeby się móc egocentrycznie nad sobą pławić i roztkliwiać), dobieram się do tych szpargałów. Dzienników w formie papierowej zebrało się już sporo - cały wiek dziecięco nastoletni mam zarchiwizowany. Niektóre kartki posklejane od zaschniętych łez! Niesamowite.
W wirtualnej formie wszystko to lżejsze i bardziej ulotne. Ale też się trzyma, całkiem niezła kopa bajtów.
Teraz, z okazji okrągłej rocznicy ośmiu lat blogowania bez trzech dni, postanowiłam się przenieść na nowy adres. Przyczyny są różne. Tamten serwis już nie cieszy jak kiedyś, czuję ograniczenia. Do bloggera przez dobrych parę lat blogowania pod drugim nickiem przyzwyczaiłam się i lubię. No, wrzuciłoby się na przykład jakieś zdjęcie, nie mówiąc już o layoucie (a propos - ten co widać, jeszcze się robi).
Poza tym dzieją się w moim życiu takie rzeczy, że aż się zachciało symbolicznego odgraniczenia kreską. Może nie grubą i czerwoną, ale jednak - taka potrzeba zmiany. Nie jest AŻ tak inaczej, żeby sobie ścinać włosy (jak to zrobiłam kiedyś, na marginesie - pomogło). Ale jest wystarczająco inaczej, żeby zmienić sobie blogową ksywkę i machnąć taki nowy początek.
Stąd też tytuł, który jest słowem mojego (od paru lat) drugiego języka. Oznacza "pomiędzy", czyli oddaje istotę tego, jak żyję. O ile kiedyś blog poprzedni był po prostu blogiem szukającej swojego miejsca osoby, o tyle ten nowy, obecny, pisze osoba, która już swoje miejsce znalazła... w każdym razie w dniach dobrego nastroju uważa, że tak jest ;)
A poza tym - last but not least - dwa dni temu skończyłam 30 lat. Trzydzieści, rozumiecie. To nie takie byle co.
[Co stwierdziwszy zamilkła oddając się refleksji].
Bloguję jakoś podejrzanie wytrwale. Raz, że strasznie lubię wywlekać wszystkie swoje myśli, po kolei je nazywać, obracać na papierze, analizować. Dwa, że kocham pisać. Pisanie jest we mnie, jestem pisaniem. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania, jakkolwiek grafomańsko to brzmi. A trzy - że odkąd przeczytałam o "archiwizacji egzystencji" u Marii Janion, wiem, że to jest to właśnie. Jestem ogarnięta archiwizacją egzystencji, lękiem przed zapomnieniem. Muszę mieć wszystko zanotowane, włożone za okładkę kalendarzyka. Mówiąc krótko - lubię śmieci.
Co jakiś czas - co roku, na Sylwestra, albo na urodziny (lubię tak zwane specjalne okazje, żeby się móc egocentrycznie nad sobą pławić i roztkliwiać), dobieram się do tych szpargałów. Dzienników w formie papierowej zebrało się już sporo - cały wiek dziecięco nastoletni mam zarchiwizowany. Niektóre kartki posklejane od zaschniętych łez! Niesamowite.
W wirtualnej formie wszystko to lżejsze i bardziej ulotne. Ale też się trzyma, całkiem niezła kopa bajtów.
Teraz, z okazji okrągłej rocznicy ośmiu lat blogowania bez trzech dni, postanowiłam się przenieść na nowy adres. Przyczyny są różne. Tamten serwis już nie cieszy jak kiedyś, czuję ograniczenia. Do bloggera przez dobrych parę lat blogowania pod drugim nickiem przyzwyczaiłam się i lubię. No, wrzuciłoby się na przykład jakieś zdjęcie, nie mówiąc już o layoucie (a propos - ten co widać, jeszcze się robi).
Poza tym dzieją się w moim życiu takie rzeczy, że aż się zachciało symbolicznego odgraniczenia kreską. Może nie grubą i czerwoną, ale jednak - taka potrzeba zmiany. Nie jest AŻ tak inaczej, żeby sobie ścinać włosy (jak to zrobiłam kiedyś, na marginesie - pomogło). Ale jest wystarczająco inaczej, żeby zmienić sobie blogową ksywkę i machnąć taki nowy początek.
Stąd też tytuł, który jest słowem mojego (od paru lat) drugiego języka. Oznacza "pomiędzy", czyli oddaje istotę tego, jak żyję. O ile kiedyś blog poprzedni był po prostu blogiem szukającej swojego miejsca osoby, o tyle ten nowy, obecny, pisze osoba, która już swoje miejsce znalazła... w każdym razie w dniach dobrego nastroju uważa, że tak jest ;)
A poza tym - last but not least - dwa dni temu skończyłam 30 lat. Trzydzieści, rozumiecie. To nie takie byle co.
[Co stwierdziwszy zamilkła oddając się refleksji].
Subskrybuj:
Posty (Atom)