poniedziałek, 29 listopada 2010

o ogniu

Zawsze sie dziwiłam, co ludzie widzą w seksie. Tak jak to w którymś odcinku "Ally McBeal" ujęła Ling, że jest to "babranina". Dokładnie tak myślałam do 28 roku życia. Co nie jest trudne zważywszy na to, że do 26 roku życia byłam zaprzysięgłą żelazną dziewicą a potem przespałam się z pierwszym facetem, w którym się zakochałam i który nie miał nic przeciwko wykorzystaniu mnie. Był to P. (znany starym czytelnikom). Byłam w pełni świadoma tego, że to do niczego nie prowadzi, ale już miałam dość celibatu. Oczywiście chory związek z P. tylko potwierdził moje przekonania na temat tej dziedziny życia. Nic specjalnego. Co oni w tym widzą.

A potem, kiedy znów (po porażce z P., który zabrał mi 2 lata z życiorysu, właściwie sama dałam sobie zabrać), poprzysięgłam sobie radosne singielstwo i celibat, miałam piękny sen. I po tym śnie poznałam B. Po powrocie do domu otworzyłam gg i napisałam do mojego brata, że oto poznałam swojego przyszłego męża. Brzmiało to dziwnie, bo nawet nie wiedziałam czy ma dziewczynę, czy jest mną zainteresowany, ledwo się porozumiewaliśmy językowo. Nie mówiąc już o tym, że jestem wrogiem małżeństwa, i nie mówiąc już o tym, że dopiero co obcięłam włosy po fatalnym półroczu mojego życia (noga w gipsie, wycięcie migdałków, utrata zleceń, bezrobocie, brak forsy, i tak dalej), i czułam się bardzo brzydka. Celowo zresztą wyjeżdżając do T. nie wzięłam żadnej ładnej bielizny, fajnych ciuchów - chciałam pozostać z dala od wszelkich mężczyzn.

I nagle bum.

Po 2 tygodniach znajomości po prostu zaciągnęłam go do łóżka pod hasłem "Wejdziesz na górę obejrzeć moje nowe mieszkanie?". Wcześniej codziennie trując o tym, że szukam poważnego związku, i że ja jestem z tych dobrze prowadzących się. B. powiedział mi potem, że był pewien, że będzie za mną łaził dobrych parę miesięcy.
Nie ma to jak damska konsekwencja.
No i do jasnej cholery, od tego czasu, bez grubej przesady powiem, że dokładnie wszystko w moim życiu się zmieniło. A najbardziej ja się zmieniłam, o czym świadczy zwiększona ilość pseudonatchnionego trucia na tym blogu. W każdym razie zmierzam to tego, że jestem totalnie tradycyjną osobą - poza tym zaciągnięciem do łóżka wtedy - i że dla mnie spanie z kimś bezwzględnie łączy się z uczuciem. I dobrze, że miałam poprzedniego partnera P. - bo widzę różnicę i potrafię docenić to, co mam teraz.

Teraz za każdym razem dziwię się, że spanie z kimś może być tak fajne. A jest, bo jest ogień. Nie umiem tego inaczej nazwać. Minęło 2,5 roku bardzo ścisłego związku (z pomieszkiwaniem razem, niewielkimi okresami rozłąki), i wbrew moim obawom, że się w końcu znudzi, nie nudzi się.

Dlatego... nie wiem jakie miały być wnioski, ale zarumieniłam się. Takie miałam refleksje wczoraj. Bo od piątku znów tu jestem. To znaczy nie w Polsce, tylko w T. Jakby to powiedzieć: w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz