1. Jakby co, komentowanie już jest odblokowane (czytaj: dostępne dla wszystkich).
2. Miałam dziś w domu rodzinną imprezę urodzinową, fantastyczną. Śmiechy, chichy, wygłupy. Klasyk. Dużo na stole, dużo do powiedzenia. Ani słowa o polityce i ani kropli alkoholu. Nie, niespecjalnie - samo tak wychodzi.
3. Moja mama napisała dla mnie urodzinowy wierszyk - taka rodzinna tradycja. Zawsze sobie piszemy: siostra bratu, ciocia wujkowi, matki dzieciom. Piękna sprawa. Łzy w oczach, tylko nie wiem - ze śmiechu czy wzruszenia. Mam wyjątkową rodzinę, przyznaję bez bicia, że to najważniejszy powód mojego przyjeżdżania tutaj. Chcę nimi nasiąkać, chcę z nimi być. Nie za często :) ale regularnie.
4. Dla kontrastu w sobotę urodzinowe spotkanie w knajpie ze znajomymi. Z tak zwaną "ekipą", znaną od lat. Z niektórymi nawet od dziecka. Bawiliśmy się świetnie, dostałam (jak oczekiwałam) znakomite, tanie, zupełnie odjazdowe prezenty. Od tak zwanej czapy. Zastrzegłam: żadnych kwiatów, żadnego wykosztowywania się. A teraz będą refleksje:
Każda impreza ma taki punkt krytyczny. Po jego osiągnięciu zabawa stopniowo wygasa i przemienia się w pijackie głupawki. Można w tym uczestniczyć i siedzieć do rana. A można zwinąć się do domu. Od kilku lat praktykuję tą drugą opcję. Jestem najwyraźniej strasznie spokojnym człowiekiem - o tym świadczy moje tętno (niskie), ciśnienie (bardzo niskie), i wbudowany tak zwany flegmatyzm. Lubię wygłupy, śmiechy, kwiki, przebieranki i cięte riposty - ale nie bez ograniczeń. Lubię też pić piwo i być na tak zwanym rauszu - ale też nie do przesady. To powoduje, że zaczynam się gubić, kiedy przyjeżdżam do Polski. Tu jest wszystko tak inne, niż w kraju na T. Inna kultura picia, imprezowania. Obserwowałam tabuny pijanych ludzi na ulicy, potłuczone szkło, rzucane wszędzie przekleństwa, dziki tłum. W klubach to samo. No nie, zabijcie mnie - ale naprawdę mnie to nie kręci.
I jeszcze coś: uświadomiłam sobie, że kiedyś, w wieku nastoletnim, albo potem, aż do momentu poznania B. - cały czas będąc singielką przecież - chodziłam na te imprezy, spotkania, z zakamuflowanym jednym jedynym powodem. To była akcja: POZNAĆ FACETA. Zakochać się. Oszaleć. Akcja ta czasami kończyła się drobnymi sukcesami, dlatego kontynuowałam ją przez lata. Zostawałam na imprezach do końca. Bo przecież pod koniec, po pijaku, człowiek pozwala sobie na więcej... szczerości? W każdym razie, byłam wytrwała. Organizowałam przecież regularne piwkowe zebrania, po to by spotkać się z obiektem mojego zauroczenia. I tak dalej.
Odkąd mam stałego chłopca - jak ręką odjął! Przestałam! Różnica jest zauważalna gołym okiem. Już się nie zmuszam, nie czuję odpowiedniej motywacji. Chcę się napić - owszem, porozmawiać - z dziką chęcią, powygłupiać - jak najbardziej. Ale kiedy dostrzegam, że impreza osiąga punkt krytyczny - zawijam się i lecę. I jestem szczęśliwa.
Wczoraj z powodu takiego "zawijania" się dostałam po uszach od starych znajomych. Dziwnie było zrozumieć, że oni o niczym nie wiedzą - mimo tylu lat stażu. Dziwnie sobie uświadomić, że ludzie z którymi wypiło się wspólnie ogromną ilość piw, i spędziło się ogromną ilość godzin w zadymionych pomieszczeniach... po prostu mnie nie znają.
tak, to było niekończące się polowanie;)
OdpowiedzUsuńa jednak się skończyło
(CZYŻBY?!?! czas umierać w takim razie...)
czemu czas umierać :) ja tam myślę, że wprost przeciwnie...
OdpowiedzUsuńczy nie wielu z nas urządza takie polowania? jak spojrze na zachowania ludzi w klubach mam wlasnie takie refleksje... tylko ze im sie obiekty wciaz zmieniaja, a mi sie po prostu nie chce ;)
drzewiej chodziło się do ...., ale jest niebezpieczeństwo, ze zacznę tam spotykać osoby w wieku moich potencjalnych dzieci
OdpowiedzUsuńteraz myślę, że po okresie zasiedzenia ludzie ruszają na "polowanie bis" - tym razem szukają zdobyczy niezobowiązującej