środa, 24 listopada 2010

POLSKO MOJA

Z odległości 3 tysięcy kilometrów naprawdę lubię Polskę. I się roztkliwiam, i tęsknię, i celebruję (ale nie w takim polonijnym stylu disco polo, brońcie bogowie). I naprawdę dumna jestem z mojego pochodzenia. Denerwują mnie osoby, które mówią:
a) że za wszelką cenę chciałyby wyjechać z Polski, bo one tu żyć nie potrafią (naiwniacy. Nigdzie się nie da żyć. Raj jest tylko w niebie).
b) że kochają jakiś tam kraj X, że one są jego fanami. I są tak bardzo, że słuchają tylko muzyki z kraju X, mówią tylko o kraju X, i nie przyjmują żadnej krytyki pod adresem kraju na X (jeszcze większa naiwność, patrz punkt a).

Przeszłam wszelkie etapy fascynacji krajem na T., więc doskonale wiem o czym mówię. Od bezwstydnego zauroczenia, poprzez skrupulatne poznawanie, skończywszy na wściekłym buncie. A teraz, z czasem, zaczynam osiągać względną normę. Zarówno o Polsce, jak i kraju na T., mówię to samo: bez przesadnego, chorego błysku w oku, raczej z łagodną sympatią, która w pewnych sytuacjach przechodzi we wściekły bunt pod hasłem: "dlaczego do kury nędzy musi tak być". Ale takie stany mają to do siebie, że mijają wraz z najbliższym PMS-em.

A teraz jestem w Polsce. Pobyt celowo krótki, bo 10 dniowy, cały podporządkowany moim okrągłym urodzinom i tęsknocie, która narosła przez te 6,5 miesiąca nieobecności w ojczyźnie.
I co? Jak obuchem w łeb. Okazuje się, że życie za granicą naprawdę zmienia perspektywę. Przestałam tolerować polską chorą miłość do alkoholu - wcześniej nie tolerowałam, ale z powodów osobistych. Teraz nie toleruję, bo widzę że fajnie, jak się imprezy kręcą wokół innego tematu. Że to, kurcze, możliwe jest.
Druga sprawa to, przepraszam, że wchodzę w takie tematy na moim słodkim różowym bloczq, ale nie mogę już. A więc druga sprawa, to pieprzeni złodzieje. Którzy kradną po prostu wszystko jak leci. Doświadczenie sprzed paru dni: kradną nawet prąd. Kable, kabelki, wszelkie żelastwa, wszystko, co się da. A co więcej, są kompletnie bezkarni. Człowiek przez takie akcje musi pracować bez prądu, po ziemku, w zimnie (bo przecież mamy +2 stopnie), ale naprawdę nikogo to nie obchodzi.
W kraju na T. dwukrotnie zgubiłam komórkę w miejscu publicznym i dwukrotnie znalazłam. Bez problemu. Poza tym tam właściciele kawiarni zostawiają na noc krzesełka, stoliczki, a obrusiki zbierają tylko ze względu na możliwy wiatr. W kraju na T. jak widzę nowo zainstalowaną siłownię na otwartym powietrzu, albo budkę telefoniczną, albo samoobsługową wypożyczalnię rowerów, odruchowo myślę: ciekawe, kiedy ktoś to zniszczy.
I nic.
Nikt nie niszczy.
Podejrzewam, że nikt poza mną nawet na taką myśl nie wpadł.
Czyli jednak można.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz