Tyle już bloguję. Osiem lat. Pod różnymi adresami, pseudonimami. Z rozmaitymi pomysłami. Jedne bardziej udane, inne mniej. Jedne czytane przez wiernych, nie bójmy się tego słowa, fanów. Ba, wyznawców nawet (samej mi się nie chce wierzyć - nie przesadzam). Inne nudnawe, słabe, w końcu zapomniane.
Bloguję jakoś podejrzanie wytrwale. Raz, że strasznie lubię wywlekać wszystkie swoje myśli, po kolei je nazywać, obracać na papierze, analizować. Dwa, że kocham pisać. Pisanie jest we mnie, jestem pisaniem. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania, jakkolwiek grafomańsko to brzmi. A trzy - że odkąd przeczytałam o "archiwizacji egzystencji" u Marii Janion, wiem, że to jest to właśnie. Jestem ogarnięta archiwizacją egzystencji, lękiem przed zapomnieniem. Muszę mieć wszystko zanotowane, włożone za okładkę kalendarzyka. Mówiąc krótko - lubię śmieci.
Co jakiś czas - co roku, na Sylwestra, albo na urodziny (lubię tak zwane specjalne okazje, żeby się móc egocentrycznie nad sobą pławić i roztkliwiać), dobieram się do tych szpargałów. Dzienników w formie papierowej zebrało się już sporo - cały wiek dziecięco nastoletni mam zarchiwizowany. Niektóre kartki posklejane od zaschniętych łez! Niesamowite.
W wirtualnej formie wszystko to lżejsze i bardziej ulotne. Ale też się trzyma, całkiem niezła kopa bajtów.
Teraz, z okazji okrągłej rocznicy ośmiu lat blogowania bez trzech dni, postanowiłam się przenieść na nowy adres. Przyczyny są różne. Tamten serwis już nie cieszy jak kiedyś, czuję ograniczenia. Do bloggera przez dobrych parę lat blogowania pod drugim nickiem przyzwyczaiłam się i lubię. No, wrzuciłoby się na przykład jakieś zdjęcie, nie mówiąc już o layoucie (a propos - ten co widać, jeszcze się robi).
Poza tym dzieją się w moim życiu takie rzeczy, że aż się zachciało symbolicznego odgraniczenia kreską. Może nie grubą i czerwoną, ale jednak - taka potrzeba zmiany. Nie jest AŻ tak inaczej, żeby sobie ścinać włosy (jak to zrobiłam kiedyś, na marginesie - pomogło). Ale jest wystarczająco inaczej, żeby zmienić sobie blogową ksywkę i machnąć taki nowy początek.
Stąd też tytuł, który jest słowem mojego (od paru lat) drugiego języka. Oznacza "pomiędzy", czyli oddaje istotę tego, jak żyję. O ile kiedyś blog poprzedni był po prostu blogiem szukającej swojego miejsca osoby, o tyle ten nowy, obecny, pisze osoba, która już swoje miejsce znalazła... w każdym razie w dniach dobrego nastroju uważa, że tak jest ;)
A poza tym - last but not least - dwa dni temu skończyłam 30 lat. Trzydzieści, rozumiecie. To nie takie byle co.
[Co stwierdziwszy zamilkła oddając się refleksji].
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz