sobota, 23 kwietnia 2011

so 90's

Dziw, ale od godziny siedzę jak urzeczona przed telewizorem, bo przypadkiem natknelam sie w lokalnym mtv na slynny stary dobry program "so 90's". Tlumaczyc nie trzeba, pewnie wszyscy z mojego rocznika i okolicznych wiedza o co chodzi.
Spiewam kazda piosenke po kolei, smieje sie, wzruszam, i zgadzam sie z tym co mowia w zapowiedzi programu, ze "niektorzy uwazaja ze prawdziwe piosenki skonczyly sie po latach 90". Cos w tym jest, cholera.

A moze to po prostu glupie sentymenty. Przypominam sobie od razu czego sluchalam (wszystkiego od Mariah Carey przez LL Cool J po Pantery, ale odkrywalam sama, wiec mam ta satysfakcje), jak nocami wymienialam zuzyte baterie w walkmanie zeby "dojechac" do konca kasety (albo jak stara bateria powodowala rozjezdzanie sie glosu i opuszczanie tonu). Albo jak zasypialam przy muzyce z walkmana.
Nagrywanie piosenek z radia, robienie skladanek na kazdy temat i okazje.
Przypomnialo mi sie jak upijalismy sie pojedynczymi piwami w knajpach, a piwo bylo wtedy po jakies 3 zlote. Ogladam teledyski i widze sama siebie w koszulkach na ramiaczkach i w ciemnych rozszerzanych spodniach - standardowy stroj jak mialam 18-20 lat. Jak teraz spojrze na siebie w splowialo-rozowych sweterkach ktore tak lubie i w kolczykach-perelkach to az mi dziwnie :)

I te wszystkie milosci, zakochania, robienie glupot zeby tylko zwrocic na siebie uwage danego chlopaka... Rany boskie!

Ale przede wszystkim muzyka. Beastie Boys, przeciez jaka to byla petarda! I z drugiego bieguna: All Saints. O mamo. Albo Offspring i Nirvana (jak mocno szyja bolala po tanczeniu do ich kawalkow na imprezach).

Wesolego Jajka. Ja po raz pierwszy od lat ide na sniadanie wielkanocne, a wiec mozna powiedziec ze swieta bede obchodzic. Nawet posadzilam rzezuche i podniecam sie, ze szybko rosnie (w koncu tutaj idealny klimat dla uprawy wszelkiego zielska). Zrobilam tez tradycyjne wielkanocne ciasto marchewkowe.

A Danni Minogue spiewa "all i wanna do is touch you" i juz kompletnie nie moge sie skupic.

piątek, 22 kwietnia 2011

all of the lights

zasmarkana siedze w domu i zastanawiam sie czy co ja tu w ogole robie. nie sadzilam ze tak bedzie - nie przypuszczalam, ze zmiana pracy tak bardzo obciazy mnie psychicznie. to nie o to chodzi, ze wlasna firma - akurat najmniejszy problem, bo do wlasnych indywidualnych dzialan juz sie przyzwyczajam od lat. chodzi o to srodowisko, o to otoczenie, o kolesi z brzuchami i przybrudzonymi koszulami, z dwudniowymi zarostami i wiejskim akcentem, ktory w tej miejscowosci w tym kraju rzadza w tej branzy. pala papierosy w samochodach, wciskaja przeklenstwa co drugie slowo, i uwazaja sie na najwiekszych przystojniakow i zawadiakow w miescie.
co za kurwa tupet.

denerwuje mnie ze nie ma tutaj porzadnych interesow (albo ja ich nie widze), ze wszystko jest krecone na znajomosciach, na dlugach, na jakichs umowach na krzywy ryj. ja ze swoim konserwatyzmem i sztywniactwem kompletnie sie w tym nie odnajduje. mozna sie bylo tym bawic, z tego smiac, i pisac piekne rozdzialy do ksiazki, ale siedziec w tym po uszy na serio to co innego.

nigdy moim marzeniem nie bylo pracowanie z takimi ludzmi, co moze zalatuje jakims elitaryzmem, ale pierdole i powiem - tak, nie po to konczylam studia z pieprzonym wyroznieniem zeby teraz pracowac z debilami po podstawowkach, ktorych jezyka musialam sie nauczyc, bo inaczej nie ma sie jak dogadac.

a moze po prostu jestem pijana, zmeczona, mam pmsa i chwilowy kryzys. pewnie tak jest wlasnie.
nie zmienia to faktu ze lzy mi plyna jak glupie, i zupelnie nie wiem co ze soba zrobic.

zupelnie juz stracilam sens tego wszystkiego.


ps. a do tego w tym kraju blogger nie dziala wiec ani nie zagladam ani nie pisze ot tak, bo do tego potrzeba otworzyc specjalny program, ktory zamula internet, i zalogowac sie na ip amerykanskim. co za cholerny kraj.

czwartek, 7 kwietnia 2011

EXPAT jako stan umyslu

Wykopałam się z doła. Wystarczyło jedno słowo od wydawcy dające mi nadzieję, że coś jednak idzie do przodu. Poza tym wyzdrowiałam i w podskokach wróciłam na zajęcia z jogi.

Dzisiaj dzień domowy, bo za oknem wieje, poza tym trzeba się nacieszyć ostatnimi dniami wakacji (czy też mówiąc wprost, bezrobocia). Przemyślenia większe i mniejsze.

No i mam, dotarło do mnie, że cała moja siła która pojawiła się w ostatnich paru latach i konsekwentnie się rozwija, powstała dzięki temu, że uciekłam. Kiedy mi się teraz ostatnio pewne rzeczy przypominają: problemy z samą sobą, rozwód rodziców, ogromne poczucie winy, kompleksy, samotność, poczucie bezsensu i brak kierunku w jakim chciałabym pójść, takie totalne zagubienie, terapia co tydzień... to myślę sobie, że nagła opcja wyjazdu to był dla mnie upragniony ratunek. Najpierw uciekałam z samego domu wynajmując mieszkania w mieście, potem ta nieudana i niefortunna próba studiowania w Krajowie, zakończona po 5 dniach totalną wielotygodniową depresją. Wciąż się uciekało od osobistego bałaganu. To dlatego tak dobrze się w końcu odnalazłam za granicą i nadal dobrze się odnajduję. Zrobiło się grubą kreskę i zaczęło nowe życie. Nikt nie wiedział z czym przychodzę, trzeba było zacząć od zera, zaadaptować się, otworzyć na inną kulturę, zwyczaje, język. Jaki test dla zakompleksionej osoby, która z samą sobą nie mogła już wytrzymać.

Dotarło do mnie niedawno, że teraz jestem już wielką cwaniaczką: potrafię pouczać bliskich, żeby niczym się nie przejmowali, bo przecież liczy się to kim jesteś, a nie to co o tobie mówią. Zrobiłam się bardzo nonkonformistyczna - bardzo, jak na mnie, która kiedyś trzęsła się każdą opinią. Teraz też się trzęsę, ale jakby coraz rzadziej. Łatwo tak funkcjonować jak ja, żyjąc w kompletnie innym świecie. Uciekłam, zrobiłam sobie lekcję z dystansu, proszę bardzo, tyle kilometrów odległości, możesz robić co chcesz.
W ten sposób oddaliłam się wzorcowo od wszystkich demonów przeszłości, dorosłam, usamodzielniłam, pozwoliłam sobie się zakochać, najpierw raz, fatalnie, głupio, potem drugi raz, już mądrzej i uważniej. Bez niczyich porad, bez wskazówek, totalnie sama. Sama też poprowadziłam swoją tak zwaną karierę, wysłuchując opinii ale tak naprawdę podejmując decyzje gdzie i jak będę pracować sama - niezawiśle i niezależnie.
Szalenie się do tego przyzwyczaiłam, to na tym zbudowałam wszystko, co mam teraz.

Świadomość tego trochę mnie przeraża, bo wychodzi na to, że nikt mi nie jest do niczego potrzebny. To znaczy do osiągnięcia czegoś. Prywatne kontakty to co innego, mam wrażenie że obecnie bardziej je doceniam niż kiedyś, kiedy miałam focha na cały świat, że mnie nie lubi.
Ale wychodzi na to, że chyba już tak zostanie. Małżeństwo mnie nie pociąga, posiadanie dzieci też. Priorytetem jest zachowanie niezależności. Jak teraz myślę, że mój facet mógłby sobie wreszcie poradzić z wojskiem i przyjechać ze mną do Polski, to od razu popadam w panikę martwiąc się na wszelki wypadek: o rany, wszędzie będę musiała z nim jeździć!

Okazuje się, że słowo expat idealnie do mnie pasuję, że już mam mózg przeryty w tym kierunku. Że moją tożsamość określa bycie z boku, jako obca, nie do końca przystająca. Wtedy mam energię do życia. Zarówno w szkole kiedy jako jedyna nie chodziłam na religię, albo kiedy przychodziłam nowa do nowej szkoły, albo kiedy w liceum nie potrafiłam się dostosować do grupy i cały czas spędzałam sama. Taki nawyk który pozostaje gdzieś w kościach i kiedyś był źródłem bólu a teraz po prostu stał się moją tożsamością, której nie potrafię się wyrzec.

Ja się, do cholery, w ten sposób spełniam. Już nie mówiąc o tym, że zawsze chciałam podróżować.
No i mam to wszystko na życzenie, jest po mojemu, ale jestem strasznie ciekawa, do czego to doprowadzi.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

WIOSENNA DEPRESJA

Przydałyby mi się jakieś wakacje. Takie z prawdziwego zdarzenia, chociaż kilka dni, w kompletnie nowym, nieznanym mi miejscu. Albo znanym, ale nie widzianym od dawna. Bo teraz jakoś nie jest fajnie. Zdrowie mi się kompletnie posypało, żołądek powoli dochodzi do siebie, bóle całego ciała powoli mijają. Czułam się tak, jakbym stała się czyimś obiektem zabiegów magicznych. Bardzo chciałam być zdrowa, uważałam na siebie, i w ogóle, ale po prostu ciało okazało się słabsze. Nie było co zaciskać zębów, trzeba się było przed sobą samą przyznać, że po prostu nie daję rady.

Od siedzenia w domu powoli zaczęłam dostawać już hopla lub też tak zwanej schizy. Chciałoby się gdzieś wyrwać, oj, wyrwać, wyskoczyć, uciec. Od problemów i stresów. Bo jak przyjeżdżam z T. tutaj do Polski, to przecież nie jestem na wakacjach: trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, trzeba załatwić, pojechać, przyjechać. A pomiędzy tym jest domowe życie, które nie ma w sobie żadnego podobieństwa do wakacji. Za dużo stresu dokoła. Nie sposób od tego się oderwać, i udawać, że mnie nie dotyczy.

Miałam w piątek jechać do Warszawy spotkać się z Wydawcą, ale właśnie tego dnia zdrowie kolejny raz dało mi totalnie popalić. Nawrót złego samopoczucia, totalny bunt na pokładzie, i decyzja, że w takim stanie jechać nie mogę. A szkoda, bo właśnie przypadby mi się nawet jeden dzień w innym mieście.

No cóż, jedyne, co mogę zrobić, to zebrać się do kupy, ufarbować włosy, iść do przodu. Za ponad tydzień wracam do T. i trzeba będzie zakasać rękawy do zarabiania pieniędzy. Wreszcie. Co wcale nie będzie takie łatwe zważywszy moją tendencję do przejmowania się każdym gównem. Właśnie niedawno dotarło do mnie, że zmiany zmianami, ale w kwestii pewności siebie nadal jestem na podobnym poziomie co lata temu. Że to się po prostu nie zmienia. Taka obsesja tłumaczenia się każdemu, kto ma coś mi do zarzucenia, ba, nawet temu, kto mnie nie zna, tylko surowo ocenia moją rodzącą się firmę. Muszę koniecznie wytłumaczyć się, bo bez tego nie mogłabym dalej żyć. Że ja nie taka jestem. Że ta osoba się myli w ocenie. Że to nie tak.
Zamiast olać wszystko i robić swoje, wciąż się przed całym światem tłumaczę, jakby to miało (dla tego świata) jakieś znaczenie. Oni wiedzą swoje. A ja też powinnam wiedzieć swoje. Zamiast siedzieć w domu i się gryźć, że ktoś mi zarzuca, że nie jestem idealna, po prostu wrócić do przerwanych obowiązków.

Ciekawe kiedy wreszcie się tego nauczę.