czwartek, 7 kwietnia 2011

EXPAT jako stan umyslu

Wykopałam się z doła. Wystarczyło jedno słowo od wydawcy dające mi nadzieję, że coś jednak idzie do przodu. Poza tym wyzdrowiałam i w podskokach wróciłam na zajęcia z jogi.

Dzisiaj dzień domowy, bo za oknem wieje, poza tym trzeba się nacieszyć ostatnimi dniami wakacji (czy też mówiąc wprost, bezrobocia). Przemyślenia większe i mniejsze.

No i mam, dotarło do mnie, że cała moja siła która pojawiła się w ostatnich paru latach i konsekwentnie się rozwija, powstała dzięki temu, że uciekłam. Kiedy mi się teraz ostatnio pewne rzeczy przypominają: problemy z samą sobą, rozwód rodziców, ogromne poczucie winy, kompleksy, samotność, poczucie bezsensu i brak kierunku w jakim chciałabym pójść, takie totalne zagubienie, terapia co tydzień... to myślę sobie, że nagła opcja wyjazdu to był dla mnie upragniony ratunek. Najpierw uciekałam z samego domu wynajmując mieszkania w mieście, potem ta nieudana i niefortunna próba studiowania w Krajowie, zakończona po 5 dniach totalną wielotygodniową depresją. Wciąż się uciekało od osobistego bałaganu. To dlatego tak dobrze się w końcu odnalazłam za granicą i nadal dobrze się odnajduję. Zrobiło się grubą kreskę i zaczęło nowe życie. Nikt nie wiedział z czym przychodzę, trzeba było zacząć od zera, zaadaptować się, otworzyć na inną kulturę, zwyczaje, język. Jaki test dla zakompleksionej osoby, która z samą sobą nie mogła już wytrzymać.

Dotarło do mnie niedawno, że teraz jestem już wielką cwaniaczką: potrafię pouczać bliskich, żeby niczym się nie przejmowali, bo przecież liczy się to kim jesteś, a nie to co o tobie mówią. Zrobiłam się bardzo nonkonformistyczna - bardzo, jak na mnie, która kiedyś trzęsła się każdą opinią. Teraz też się trzęsę, ale jakby coraz rzadziej. Łatwo tak funkcjonować jak ja, żyjąc w kompletnie innym świecie. Uciekłam, zrobiłam sobie lekcję z dystansu, proszę bardzo, tyle kilometrów odległości, możesz robić co chcesz.
W ten sposób oddaliłam się wzorcowo od wszystkich demonów przeszłości, dorosłam, usamodzielniłam, pozwoliłam sobie się zakochać, najpierw raz, fatalnie, głupio, potem drugi raz, już mądrzej i uważniej. Bez niczyich porad, bez wskazówek, totalnie sama. Sama też poprowadziłam swoją tak zwaną karierę, wysłuchując opinii ale tak naprawdę podejmując decyzje gdzie i jak będę pracować sama - niezawiśle i niezależnie.
Szalenie się do tego przyzwyczaiłam, to na tym zbudowałam wszystko, co mam teraz.

Świadomość tego trochę mnie przeraża, bo wychodzi na to, że nikt mi nie jest do niczego potrzebny. To znaczy do osiągnięcia czegoś. Prywatne kontakty to co innego, mam wrażenie że obecnie bardziej je doceniam niż kiedyś, kiedy miałam focha na cały świat, że mnie nie lubi.
Ale wychodzi na to, że chyba już tak zostanie. Małżeństwo mnie nie pociąga, posiadanie dzieci też. Priorytetem jest zachowanie niezależności. Jak teraz myślę, że mój facet mógłby sobie wreszcie poradzić z wojskiem i przyjechać ze mną do Polski, to od razu popadam w panikę martwiąc się na wszelki wypadek: o rany, wszędzie będę musiała z nim jeździć!

Okazuje się, że słowo expat idealnie do mnie pasuję, że już mam mózg przeryty w tym kierunku. Że moją tożsamość określa bycie z boku, jako obca, nie do końca przystająca. Wtedy mam energię do życia. Zarówno w szkole kiedy jako jedyna nie chodziłam na religię, albo kiedy przychodziłam nowa do nowej szkoły, albo kiedy w liceum nie potrafiłam się dostosować do grupy i cały czas spędzałam sama. Taki nawyk który pozostaje gdzieś w kościach i kiedyś był źródłem bólu a teraz po prostu stał się moją tożsamością, której nie potrafię się wyrzec.

Ja się, do cholery, w ten sposób spełniam. Już nie mówiąc o tym, że zawsze chciałam podróżować.
No i mam to wszystko na życzenie, jest po mojemu, ale jestem strasznie ciekawa, do czego to doprowadzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz