Przydałyby mi się jakieś wakacje. Takie z prawdziwego zdarzenia, chociaż kilka dni, w kompletnie nowym, nieznanym mi miejscu. Albo znanym, ale nie widzianym od dawna. Bo teraz jakoś nie jest fajnie. Zdrowie mi się kompletnie posypało, żołądek powoli dochodzi do siebie, bóle całego ciała powoli mijają. Czułam się tak, jakbym stała się czyimś obiektem zabiegów magicznych. Bardzo chciałam być zdrowa, uważałam na siebie, i w ogóle, ale po prostu ciało okazało się słabsze. Nie było co zaciskać zębów, trzeba się było przed sobą samą przyznać, że po prostu nie daję rady.
Od siedzenia w domu powoli zaczęłam dostawać już hopla lub też tak zwanej schizy. Chciałoby się gdzieś wyrwać, oj, wyrwać, wyskoczyć, uciec. Od problemów i stresów. Bo jak przyjeżdżam z T. tutaj do Polski, to przecież nie jestem na wakacjach: trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, trzeba załatwić, pojechać, przyjechać. A pomiędzy tym jest domowe życie, które nie ma w sobie żadnego podobieństwa do wakacji. Za dużo stresu dokoła. Nie sposób od tego się oderwać, i udawać, że mnie nie dotyczy.
Miałam w piątek jechać do Warszawy spotkać się z Wydawcą, ale właśnie tego dnia zdrowie kolejny raz dało mi totalnie popalić. Nawrót złego samopoczucia, totalny bunt na pokładzie, i decyzja, że w takim stanie jechać nie mogę. A szkoda, bo właśnie przypadby mi się nawet jeden dzień w innym mieście.
No cóż, jedyne, co mogę zrobić, to zebrać się do kupy, ufarbować włosy, iść do przodu. Za ponad tydzień wracam do T. i trzeba będzie zakasać rękawy do zarabiania pieniędzy. Wreszcie. Co wcale nie będzie takie łatwe zważywszy moją tendencję do przejmowania się każdym gównem. Właśnie niedawno dotarło do mnie, że zmiany zmianami, ale w kwestii pewności siebie nadal jestem na podobnym poziomie co lata temu. Że to się po prostu nie zmienia. Taka obsesja tłumaczenia się każdemu, kto ma coś mi do zarzucenia, ba, nawet temu, kto mnie nie zna, tylko surowo ocenia moją rodzącą się firmę. Muszę koniecznie wytłumaczyć się, bo bez tego nie mogłabym dalej żyć. Że ja nie taka jestem. Że ta osoba się myli w ocenie. Że to nie tak.
Zamiast olać wszystko i robić swoje, wciąż się przed całym światem tłumaczę, jakby to miało (dla tego świata) jakieś znaczenie. Oni wiedzą swoje. A ja też powinnam wiedzieć swoje. Zamiast siedzieć w domu i się gryźć, że ktoś mi zarzuca, że nie jestem idealna, po prostu wrócić do przerwanych obowiązków.
Ciekawe kiedy wreszcie się tego nauczę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz