zdecydowanie lepiej mi się żyło, jak nie interesowałam się tym wszystkim, co dzieje się na świecie. nie oglądałam nigdy wiadomości, denerwowało mnie epatowanie sensacją, szukanie dziury w całym, ten niezdrowy błysk w oku reporterów, że "coś się dzieje". historią samą w sobie też nigdy się nie interesowałam, ba, nudziła mnie potwornie.
poza tym strasznie przeżywałam i nadal przeżywam wszystkie paskudne sceny, widoki, ujęcia. pod tym względem jestem typowy mięczak, nawet horrorów oglądać nie mogę, a co dopiero obrazy, które są prawdziwe.
potem po nocach się męczę, mam koszmarne sny. nawet nie próbuję tego zwalczyć, po prostu trzymam się z daleka, oglądam tylko fajne i wesołe filmy, unikam wiadomości i ekspresów reporterów. może i to dziecinne nieco ale chrzanię to, najwyraźniej taka już jestem i koniec.
mieszkanie z B. trochę zmieniło całą sytuację. moja mama (poprzednia moja współlokatorka, hehe) jest podobna do mnie, i najlepiej nie oglądałybyśmy telewizji w ogóle, jeśli już to jakiś fajny film. słuchamy też wspólnie muzyki, albo audycji w trójeczce, i wszystko jest piękne, gra i śpiewa. a my gadamy, gadamy i gadamy, tudzież czytamy i nic nie odwraca naszej uwagi.
B. jest z kolei maniakiem wiadomości i ma jakiś biologiczny przymus oglądania ich wszystkich na różnych kanałach. musi wiedzieć co się dzieje, jako niedoszły student prawa (fuj). ogląda, porównuje, komentuje, rzuca się na kanapie i psioczy na polityków. a potem najchętnie oglądałby jakieś historyczne filmy. coś strasznego.
kiedy dyskutujemy na temat oglądanych spraw uderzała mnie moja ignorancja, tyle nie wiem o Polsce, nie mówiąc już o świecie. a jednak ciekawie jest zestawiać jego podejścia i poglądy do moich, jako zderzenie Azja vs. Europa, świat muzułmański vs. chrześcijański i tak dalej. zaczęłam więc nadrabiać zaległości, bo po prostu głupio mi było, że nie jestem równorzędnym partnerem w dyskusji, nie mówiąc już o tym, że przebywając tu między innymi ludźmi w obcym kraju warto by było być w jakimś stopniu ambasadorem własnej kultury.
czytam więc regularnie wiadomości w sieci po polsku i oglądam z nim telewizję po barbarzyńsku. z jednej strony jest to niesamowicie ciekawe & wciągające, odkrywać różne powiązania, wpływy, związki. masa wiedzy się odsłania. z drugiej strony dostaję mówiąc krótko konkretnej doliny.
wczoraj po nadrobieniu wszystkich zaległości na temat Libii a potem rodziny Tudorów (vide oglądany przez nas serial) miałam łeb pełny i ciężki, poszłam spać i w nocy koszmary, tragedie, rozlewy krwi i moje strachliwe przebudzenia się co godzinę. nie powiem, żeby to fajne było. chyba dam sobie spokój na jakiś czas z tymi wiadomościami, bo to mnie przerasta.
skupię się na książce, na kwiatkach i muzyczkach, na gotowaniu w kuchni, i na serialu ally mcbeal. to mój bezpieczny mały światek, w którym nic się złego stać nie może. taka amelia w swojskim wydaniu, albo raczej ania z zielonego wzgórza. czysty romantyzm ale przynajmniej można spać spokojnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz